RSS
 

Obóz wędrowny – Beskid Sądecki i Pieniny – dzień 4

23 wrz

Tak jak zapowiadali, dziś od rana lało. Dla nas w sumie to nic nowego. Nawet specjalnie nikt się tym nie przejął. Wyruszyliśmy o 945. Dziś również poszliśmy krótszą trasą, ale i tak musieliśmy przejść ponad 15 km i to momentami ostro pod górę.

Najpierw jednak zeszliśmy ostro w dół, czerwonym szlakiem do Rytra, które leży nad Popradem, na wysokości 500 m n.p.m.. W Rytrze wreszcie mieliśmy możliwość zrobienia zakupów w sklepie. Po wizycie w Groszku i spakowaniu prowiantu na kolejne dni udaliśmy się w kierunku Schroniska Przehyba. Czekało nas bardzo długie i ostre podejście z dużym przewyższeniem terenu. Schronisko leży bowiem na wysokości 1175 m n.p.m. Mieliśmy więc do podejścia prawie 700 metrów!

Po drodze na szczęście przestało padać i momentami nawet coś było widać na nielicznych punktach widokowych. Widzieliśmy także po drodze dwie piękne, żółto-czarne salamandry plamiste, no i znów zbieraliśmy grzyby, tym razem prawie same rydze. Było ich mnóstwo.

Do Schroniska Przehyba doszliśmy krótko po godzinie 1700. Niestety godzinę przed dojściem do niego znów się rozpadało i doszliśmy cali przemoczeni. Ale jutro i pojutrze ma zrobić się wreszcie ładnie. Zobaczymy… Niestety podobnie jak i wczoraj nie pozwolono nam zrobić grzybów. Spróbujemy je zabrać ze sobą jeszcze jutro, bo planujemy zrobić ognisko z zakupionymi dziś w Rytrze kiełbaskami. Jutro mamy znów spokojny dzień, bo do przejścia mamy jedynie około 10 km. Możemy się zatem wyspać!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże

 

Obóz wędrowny – Beskid Sądecki i Pieniny – dzień 3

22 wrz

Na dzisiaj mieliśmy zaplanowaną najdłuższą trasę na całej wycieczce. Według planu mieliśmy przejść ponad 20 km, przez Piwniczną-Zdrój do Schroniska Cyrla. Ale tak miało być przy ładnej pogodzie. Niestety rano okazało się, że znów pogoda jest brzydka, a widoczność jest prawie zerowa z powodu gęstej mgły. Wybraliśmy więc wariant krótszy, tym bardziej, że część osób była już bardzo zmęczona trudami dotychczasowej wędrówki w ekstremalnie trudnych warunkach. Zamiast 20 km mieliśmy więc do przejścia jedynie około 10 km.

Dzisiaj na szczęście nie padało bardzo mocno, więc mogliśmy iść w miarę spokojnie. Najbardziej przeszkadzały nam w marszu duże krople spadające na nas co i raz z mijanych przez nas buków, jodeł i świerków. Mieliśmy jednak dużo czasu na przejście i nie musieliśmy się zbytnio spieszyć. Wykorzystaliśmy to na… zbieranie grzybów. Jest ich tutaj mnóstwo. A najwięcej prawdziwków i rydzów. Zebraliśmy pełne 3 siatki, a wszystkie grzyby znaleźliśmy bezpośrednio przy szlaku!

Po drodze zeszliśmy jeszcze na chwilę z głównego szlaku, żeby zobaczyć Jaskinię w Pękniętej Kopie. Musieliśmy do niej dojść około 300 metrów w potężnym błocie. Niektórzy utknęli w nim po kostki i musieli się sporo natrudzić, żeby się z niego wydostać. Sama jaskinia jest zbudowana z litego piaskowca i bardzo mała – ma około 2 metrów wysokości i 13 metrów długości. Wejście do niej jest bardzo wąskie, przez co można się pobrudzić nie mając odpowiedniego ubrania. Dlatego też tylko kilka osób zdecydowało się na wejście do środka i to tylko parę metrów w jej głąb.

Do Schroniska Cyrla doszliśmy około 1630. Po drodze do niego minęliśmy jeszcze Halę Pisaną i Zadnie Góry. W schronisku rozlokowaliśmy się w pokojach i po posiłku poszliśmy w miarę szybko spać, bo jutro mamy do przejścia na pewno ponad 15 km i to bez względu czy wybierzemy trasę krótszą czy dłuższą. A zapowiadają, że znów będzie lać…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże

 

Obóz wędrowny – Beskid Sądecki i Pieniny – dzień 2

21 wrz

O ile wczoraj nie padało, to dzisiaj od rana… leje. Właściwie zaczęło już lać około 3 w nocy. Niestety prognoza norweska sprawdza się co do godziny. Ma lać tak przez cały dzień… Zrezygnowaliśmy więc z części dzisiejszej wycieczki i nie idziemy do Wodospadu Wierchomla Wielka. Oszczędzamy w ten sposób 8 km drogi. Na razie siedzimy w schronisku. Ruszymy dopiero jak pojawi się jakieś sprzyjające wędrówce „okno pogodowe”, o które będzie dzisiaj jednak niezwykle trudno. Na szczęście mamy do przejścia najkrótszy odcinek na całej trasie, bo do Hali Łabowskiej będziemy stąd szli tylko około 3,5 godziny. Musimy się jednak naprawdę bardzo dobrze do tej drogi przygotować, bo łatwo w tych warunkach nam nie będzie. Nie dość że leje, to jeszcze dość mocno wieje wiatr no i na szlaku jest mnóstwo kałuż i grząskiego błota.

Już jesteśmy w Schronisku PTTK na Hali Łabowskiej. Wyszliśmy dopiero około godziny 1300. Droga minęła nam szybko. Cały czas padało, a my po przyjściu wyglądaliśmy jak zmokłe kury. Na szczęście na trasie nie wiało tak mocno jak rano. Tutejsze schronisko okazało się bardzo przytulne. Cały wieczór spędziliśmy w głównej sali, przy palącym się kominku, przy którym suszyliśmy nasze przemoczone buty i ubrania. Ponieważ nie ma tutaj prądu, to światło, zasilane agregatami, było tylko dostępne między 19 a 21. Wszystkim się to bardzo podobało, mimo tego, że nie można było sobie nawet naładować telefonów komórkowych. Dodatkową atrakcją dla mojej klasy było to, że większość mieszkała w dwóch 10-osobowych pokojach, z których jeden musiał być koedukacyjny. Nie trudno się domyśleć, że rozmowy trwały do późnych godzin wieczornych.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże

 

Obóz wędrowny – Beskid Sądecki i Pieniny – dzień 1

20 wrz

Obóz wędrowny rozpoczęty!

Wczoraj o godzinie 2200 wyruszyliśmy Polskim Busem z dworca Metro Młociny i obraliśmy kurs na Krynicę-Zdrój. Już niedaleko za Warszawą zaczął padać deszcz i towarzyszył nam aż do samej Krynicy. Gdy krótko po godzinie 6 rano dojechaliśmy na miejsce i wysiedliśmy z autokaru deszcz… przestał padać.

W Krynicy najpierw udaliśmy się do Domu Zdrojowego aby skorzystać z toalet. Później znaleźliśmy piekarnię, w której zaopatrzyliśmy się w pieczywo na najbliższe 2 dni oraz zjedliśmy śniadanie w postaci świeżutkich, smakowitych bułeczek z różnymi dodatkami. Po piekarni przyszedł czas na Żabkę i zakup prowiantu na nasze śniadania – przez najbliższe 2 dni nie będziemy widzieć żadnego sklepu. Po zakupach usiedliśmy pod zadaszonymi ławeczkami w Parku Zdrojowym i rozpoczęliśmy przygotowania do wymarszu w góry, które polegały głównie na zapakowaniu prowiantu i przepakowaniu się po podróży tak, aby maszerowanie po górach było jak najbardziej komfortowe. W międzyczasie dołączył do nas nasz przewodnik górski – Pan Przemek, który będzie z nami podczas całej wędrówki.

Około godziny 900 byliśmy już wszyscy gotowi do wymarszu. Po krótkim szkoleniu i przedstawieniu zasad bezpieczeństwa na górskich szlakach wreszcie rozpoczęliśmy nasz wielki marsz. Ponieważ nadal nie padało wybraliśmy dłuższy wariant dzisiejszej wycieczki. Mieliśmy zatem dziś do przejścia prawie 14 km. Niebieskim szlakiem udaliśmy się w kierunku Przełęczy Krzyżowej. Później, już szlakiem zielonym, zeszliśmy do Doliny Czarnego Potoku, gdzie znajduje się dolna stacja kolejki gondolowej na Jaworzynę Krynicką. Po krótkim odpoczynku zaczęliśmy podejście na szczyt Jaworzyny Krynickiej (1114 m n.p.m.). Po drodze minęliśmy Diabelski Kamień spod którego na szczyt poprowadził już nas szlak czerwony – Główny Szlak Beskidzki.

Ze szczytu zeszliśmy kawałek do Schroniska Górskiego PTKK na Jaworzynie Krynickiej, gdzie spędziliśmy ponad godzinę odpoczywając i jedząc gorące posiłki w postaci zupek chińskich i kisielków. Po odpoczynku ruszyliśmy dalej w kierunku miejsca naszego dzisiejszego noclegu. Większość klasy radziła sobie z marszem bardzo dobrze, choć byli i tacy, którzy trochę narzekali na zmęczenie i zaczynali marudzić. Ale nie ma lekko – trzeba było iść dalej, bo przecież spać w lesie nie będziemy. Do celu – czyli Bacówki PTTK nad Wierchomlą zostało nam około dwóch godzin marszu, z czego większość już na szczęście po terenie płaskim lub schodzącym lekko w dół. Po drodze czekało nas jeszcze lekkie podejście na Runek, skąd niebieski szlak doprowadził nas już do Bacówki PTTK nad Wierchomlą. Dotarliśmy do niej około godziny 1630. Po rozpakowaniu się zjedliśmy obiadokolację i już do końca dnia mieliśmy czas wolny na odpoczynek i regenerację sił przed jutrzejszym dniem. Wszyscy byli jednak tak zmęczeni, że nie trzeba było nikogo specjalnie zachęcać do pójścia spać.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże

 

Babant sierpniowy

31 sie

Tegoroczny Babant zaczął się dla mnie na dobre tak naprawdę dopiero w sierpniu. Wcześniej byłem tutaj tylko kilka dni w czerwcu, kiedy rozkładałem przyczepę i kilka dni w lipcu, przed wyjazdem do Rumunii.

Już jadąc tutaj przeżyłem pierwsze przygody. Tuż za Przasnyszem wjechałem w potężną burzę z wichurą, którą na szczęście bardzo szybko przejechałem, choć niektóre samochody stały na poboczu i nie kontynuowały jazdy. Zresztą gwałtowne burze były nieodłączną częścią tegorocznego lata. Niestety okazały się także tragiczne w skutkach, jak ta, która powaliła 80 tysięcy hektarów (!) lasu na Pomorzu i niestety przyczyniła się do śmierci kilku osób, w tym 2 kilkunastoletnich dziewczynek z obozu harcerskiego, który nieszczęśliwie znajdował się na trasie trąby powietrznej.

Zaraz na początku mojego pobytu odwiedziłem w Pieckach O. z mojej klasy i jej rodzinę. Dzień był akurat upalny, więc spędziliśmy go nad jeziorem.

W tym roku odwiedzili nas również K. i N. z małą Helenką. Spędzali akurat urlop w okolicach Piszu i wpadli nas odwiedzić, ku uciesze wszystkich Babantowiczów. K. jadąc tu pomylił drogi i chcąc zawrócić w lesie zakopał się swoją mazdą tak, że musieliśmy po niego jechać i go wyciągać na holu. Jak co roku byli K. i K., choć w tym roku wpadli tylko na 3 dni, bo K. wracała akurat z Przystanku Woodstook, a potem grała na festiwalu w Ostródzie. Do B. przyjechał na 3 dni, swoim nowym mercedesem, K. z J., a później do M. jej chłopak F. oraz, też na 3 dni, jej znajomi z Warszawy.

Na długi sierpniowy weekend pojechałem do Warszawy po A. Przyjechała tutaj ze mną w sobotę rano. Oczywiście pływaliśmy w jeziorze, chodziliśmy na spacery i siedzieliśmy wieczorem przy ognisku. Ponadto w sobotę w Jeleniowie odbywał się festyn pod nazwą: „Dzień grzyba”. Były oczywiście tańce i zabawy, konkurs drwali oraz domowe jedzenie. Niestety nie doczekaliśmy się głównego dania, czyli dzika, który pojawił się dopiero późnym wieczorem, gdy my już wróciliśmy na pole. A w niedzielę wybraliśmy się do Olszyn koło Szczytna na targ staroci. Kupiliśmy niewiele ale za to pooglądaliśmy sobie różne różności. Później w Szczytnie zrobiliśmy jeszcze drobne zakupy i wróciliśmy nad Babant. Do Warszawy wróciliśmy w nocy z wtorku na środę.

W Warszawie musiałem zostać jeszcze dwa dni. Najpierw byłem w szkole i spotkałem się z L. Nic szczegółowego odnośnie ilości klas w nowym roku szkolnym jeszcze nie wiadomo, więc planu lekcji jeszcze nie robię. Prawdopodobnie będę go robić dopiero po radzie sierpniowej. W czwartek miałem natomiast planową wizytę w szpitalu na Szaserów. Na szczęście wszystko szybko załatwiłem i już koło południa mogłem znów jechać nad Babant.

Na 2 dni przyjechał do nas P., którego nie widziano tu od lat. A w ostatnim tygodniu na polu zrobiło się jak zwykle pusto. Większość osób wróciła już do domów. Ponadto zepsuła się pogoda i zrobiło się chłodno, wietrznie i deszczowo. Co prawda opady były przelotne, ale skutecznie psuły nam dobry nastrój. Mogłem więc w tym czasie spokojnie skupić się na uporządkowaniu zdjęć i plików w komputerze, napisaniu tej notki oraz poczytaniu książek pożyczonych od M.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże

 

Rumunia-Ukraina-Mołdawia – Dzień 15

31 lip

Do pociągu wsiedliśmy pół godziny przed odjazdem. Pierwszy raz jechałem pociągiem z kuszetkami. Wagon z miejscami sypialnymi, którym jechaliśmy, nazywa się tutaj na wschodzie plackarta. Cały wagon podzielony jest na otwarte przedziały i w każdym takim przedziale jest 6 miejsc sypialnych: 4 łóżka w poprzek wagonu i 2 wzdłuż. Ja spałem na górze zgodnie z kierunkiem jazdy pociągu. Dzięki temu mogłem przez cała drogę obserwować mijane miejsca przez otwarte okno. Było gorąco, więc dość silnie wiejący wiatr nie przeszkadzał mi wcale, tylko nad ranem, kiedy zrobiło się chłodniej przymknąłem nieco okno. Na wejściu do wagonu wywieszony był rozkład jazdy pociągu z godzinami przyjazdu na poszczególne stacje i czasem postoju na nich. Niesamowite jest to, że pociąg na każdą kolejną stację wjeżdżał prawie co do sekundy o czasie. Gdyby tak mogło być w Polsce…. We Lwowie byliśmy o 10.10 i od razu poszliśmy do czekającego na nas autokaru. Pozostała nam już tylko droga na granicę, a później do Warszawy przez Lublin.

I tu zaczęła się nasza dzisiejsza gehenna. Wszak od dzisiaj w Polsce panują okropne upały, a na granicy okazało się, że niby nie ma dużo czekających autokarów, ale każdy kolejny przetrzymywany był niemiłosiernie długo przez celników. Gdy po dwóch godzinach w końcu opuściliśmy granicę ukraińską nie spodziewaliśmy się, że najgorsze dopiero przed nami. Polscy celnicy kazali nam czekać w potwornym upale, w pełnym słońcu, ponad 3 godziny. Dramat. Gdy już dojechaliśmy do stanowiska, każdy z nas musiał wyjść z bagażem i przejść przez bramki jak na lotnisku. Część z osób musiała wyrzucić zakupione na Ukrainie produkty pochodzenia zwierzęcego, wędliny, jajka i sery. Po 6 godzinach przebywania na granicy w końcu udało nam się wjechać do Polski.

Polska przywitała nas upałem oraz przepięknym zachodem słońca. Do samego Lublina, gdzie wysiadało pięć osób, goniła nas burza. Na szczęście zdążyliśmy jej uciec, choć zahaczył nas kilkuminutowy deszczyk, z jednej z bocznych odnóg potężnego cumulonimbusa. W drodze do Warszawy zatrzymaliśmy się jeszcze dwa razy na krótkie siku. Na dłuższe postoje nie było czasu, bo zrobiło się już późno, a większość osób nie mieszka w Warszawie i musi dojechać jeszcze do domu, czasem nawet po kilkaset kilometrów. Niektórym przepadły niestety zakupione wcześniej bilety na pociąg lub autobus. Do Warszawy dojechaliśmy około 23. Dzięki uprzejmości A. kolegi, który mieszka w nowych blokach na Przasnyskiej, do domu wróciliśmy samochodem. Tak oto zakończyła się bardzo udana wycieczka z Wytwórni Wypraw.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże