RSS
 

Nowa Zelandia – dzień 13

26 mar

Od rana pada deszcz. Pogoda zepsuła się na dobre. Oby prognozy się nie sprawdziły, bo przez najbliższych kilka dni ma padać. Na szczęście dzisiaj nie mieliśmy zaplanowanego nic specjalnego do zwiedzania. Musieliśmy przejechać około 300 kilometrów do kolejnego noclegu, a po drodze nie było żadnych ciekawych punktów widokowych. Zaraz po wyjechaniu z noclegu stanęliśmy na chwilę na parkingu przy sklepie z kawą i pamiątkami. Były tam też pasące się na polu obok alpaki, którym zrobiliśmy oczywiście sesję zdjęciową.

W miejscowości Mosgiel, w której dzisiaj śpimy byliśmy już około 14. Dzisiejszy nocleg jest „wypasiony”. Śpimy w pokojach dwuosobowych, w czymś w rodzaju klasztoru, który znajduje się obok kościoła katolickiego. Po rozlokowaniu się w pokojach pojechaliśmy do oddalonego o kilkanaście kilometrów miasta Dunedine. Tym razem kierowała S., bo dzisiaj chciała trochę pojeździć. Najpierw poszliśmy do sklepu sportowego, bo część osób chciała sobie kupić koszulki All Blacks – reprezentacji Nowej Zelandii w rugby. Później poszliśmy na krótkie zwiedzanie miasta, które okazało się bardzo klimatyczne i dosyć stare, jak na tutejsze warunki. Niektóre budynki były z początku XIX wieku, czyli z okresu niedługo po odkryciu Nowej Zelandii przez Jamesa Cooka.

Po zobaczeniu najważniejszych atrakcji miasta pojechaliśmy jeszcze do miasteczka Port Chalmers, prawie na sam koniec głęboko wciętej w ląd zatoki na której końcu leży miasto Dunedine. W Port Chalmers przejechaliśmy ulicą wzdłuż nabrzeża portowego a później wzdłuż wybrzeża i wróciliśmy do domu, oczywiście zatrzymując się jeszcze na zakupy w Countdownie.

Ponieważ jest dopiero godzina 19, a Internet działa tutaj wyśmienicie i jest darmowy, to mam szansę pouzupełniać dzisiaj wpisy na blogu i może uda mi się wstawić parę nowych zdjęć na Facebooka :).

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże

 

Nowa Zelandia – dzień 12

25 mar

Dzisiaj działo się tyle, że nie wiem od czego mam zacząć pisać. Zacznę więc od… końca :).

Naszym punktem docelowym w dniu dzisiejszym był Fiord Milforda (Milford Sound) i rejs statkiem po niej. Mieliśmy do niej około 250 kilometrów, a rejs zarezerwowany był na godzinę 14.45. Wyjechaliśmy wcześnie rano, więc teoretycznie mieliśmy bardzo duży zapas czasowy, ale wiedzieliśmy, że droga prowadzi przez wysokie góry oraz, że po drodze jest sporo ciekawych punktów do zobaczenia.

Postoje zaczęliśmy od nieplanowanego zatrzymania się na poboczu drogi, gdy zza zakrętu wyłoniły nam się pięknie oświetlone przez wschodzące słońce szczyty górskie, które dodatkowo skąpane były w chmurach. Od rana zresztą niebo było prawie całe zachmurzone i obawialiśmy się o pogodę nad Fiordem Milforda, gdyż panuje tam specyficzny mikroklimat i jest to najbardziej deszczowe miejsce z całej Nowej Zelandii. Deszcz pada tam prawie przez cały rok i bardzo mało jest dni ze słoneczną pogodą.

Nie myśląc o pogodzie ruszyliśmy dalej, tym razem na poszukiwanie miejsc związanych z kręceniem filmu „Władca Pierścieni”. Znaleźliśmy takie dwa w okolicy szlaku Kepler Trail, nad przepływającą tam rzeką, gdzie kręcono między innymi początek drugiej części trylogii.

Kolejnym punktem widokowym była Eglinton Valley – rozległa polodowcowa dolina, na dnie której rosła pożółkła już trawa rodem z amerykańskich prerii. Brakowało tylko pasących się bizonów, choć i tutaj według znaków informacyjnych, około 150 lat temu, przepędzano bawoły.

Parę kilometrów dalej zatrzymaliśmy się przy Mirror Lakes. Jednak w przeciwieństwie do wczorajszego widoku tutaj nie było widać żadnego efektu zwierciadła. Być może dlatego że byliśmy już zbyt późno a niebo przykryte było chmurami.

Dużo fajniejsze było kolejne jeziorko – Lake Gunn, do którego musieliśmy dojść kilkanaście minut przez przepiękny stary las. Już sam las zrobił na nas ogromne wrażenie, ale gdy dotarliśmy do miejsca, w którym z jeziora wypływała rzeka, to nie mogliśmy się napatrzeć na jej zmieniające się w świetle słońca kolory. Dodatkową atrakcją dla mnie było przejście tej zimnej rzeki wpław (woda sięgała mi do ud, więc musiałem zdjąć buty i spodnie), by po jej drugiej stronie podziwiać dużo ładniejsze widoki nad jeziorem. A no właśnie, napisałem wcześniej – „w świetle słońca” – bo właśnie w okolicy tego jeziora niebo niepostrzeżenie zrobiło się błękitne i momentalnie zrobiło się gorąco.

Aby dotrzeć nad Zatokę Milforda pozostało nam już tylko przejechać przez góry, których szczyty wznosiły się wokół drogi na wysokość ponad 2 tysięcy m n.p.m. Widoki po drodze były oczywiście nieziemskie i kilka razy zatrzymywaliśmy się na co ładniejszych punktach widokowych, żeby porobić zdjęcia. Gdy dotarliśmy na szczyt przełęczy niebo nadal było bezchmurne, ale nie wiedzieliśmy co zastaniemy po drugiej stronie ponadkilometrowego tunelu.

Na szczęście po drugiej stronie ogromnego masywu górskiego również było przepięknie i gorąco. Teraz pozostał nam już tylko kilkunastokilometrowy zjazd nad Milford Sound, skąd o 14.45 wyruszyliśmy w dwugodzinny rejs po przepięknym Fiordzie Milford, w którym oczywiście również kręcono niektóre sceny do „Władcy Pierścieni”. Nie ma co opisywać piękna tego fiordu, trzeba po prostu to zobaczyć! Mogę tylko napisać, że jesteśmy szczęściarzami – mieliśmy dziś w czasie całego rejsu piękną, słoneczną pogodę, co, jak już pisałem wcześniej, zdarza się tutaj naprawdę niezwykle rzadko.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę żeby zobaczyć wodospady na szlaku The Chasm, a później już bezpośrednio dojechaliśmy do miejscowości Te Anau w której dzisiaj śpimy. Najpierw jednak zatankowaliśmy paliwo i zrobiliśmy zakupy – tym razem w sklepie  Freshchoice, bo Countdowna tutaj nie ma. 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże

 

Nowa Zelandia – dzień 11

24 mar

Jeżeli wczoraj był dzień lodowcowy, to dzisiaj był wyjątkowo jeziorowy. Zaczęliśmy już z samego rana. Jeszcze po ciemku pojechaliśmy na wschód słońca nad Matheson Lake, które nazywane jest również Mirror Lake. Ta druga nazwa trafniej oddaje klimat tego miejsca. Właśnie o wschodzie słońca, kiedy tafla jeziora jest jeszcze nietknięta wiatrem, jak w zwierciadle odbija się w niej najwyższy szczyt Nowej Zelandii – Mount Cook (3724 m n.p.m.) oraz położony obok niego Mount Tasman (3497 m n.p.m.). Wygląda to magicznie i my mieliśmy szczęście to dzisiaj zobaczyć.

Później pojechaliśmy jeszcze na chwilkę na plażę Gillespies. Ta ogromna plaża nad Morzem Tasmana nie zrobiła na nas jakiegoś super wrażenia, za to po drodze na nią, na szutrowej drodze, siedziały sobie dwie… papugi nowozelandzkie, które naukowo nazywają się Nestor Kea, są bardzo rzadkie i zagrożone wyginięciem. Musiałem zatrzymać samochód, bo nic nie robiły sobie z tego, że prawie w nie wjechałem. Oczywiście wysiedliśmy z samochodu i zaczęliśmy robić im zdjęcia. Myśleliśmy, że od razu nam uciekną, ale nic z tego. Papugi były bardzo ciekawskie i chętnie pozowały nam do zdjęć, a także wydawały z siebie śmieszne dźwięki, które nagrałem na filmiku.

Do kolejnego punktu widokowego, na którym się zatrzymaliśmy, musieliśmy jechać około 200 km. Po drodze czekała nas jeszcze krótka przerwa przed mostem, na którym trwały roboty drogowe. Pierwszy punkt widokowy był jeszcze na wybrzeżu, drugi w pięknej górskiej dolinie.,  a następne już nad jeziorami Wanaka i Hawea, które położone są równolegle do siebie w sąsiednich dolinach górskich. Dziś znów mieliśmy szczęście do pogody. Cały dzień było gorąco i świeciło słońce, dzięki czemu widoki były naprawdę nieziemskie.

Po dojechaniu do miasta Wanaka, położonego na samym południowym krańcu jeziora o tej samej nazwie zrobiliśmy sobie dwugodzinny odpoczynek. Usiedliśmy na plaży nad jeziorem, wykąpaliśmy się w krystalicznie czystej wodzie, poopalaliśmy trochę oraz zjedliśmy przepyszne lody.

Po tym odpoczynku pojechaliśmy dalej, już na ostatni punkt dzisiejszego dnia, czyli nocleg nad kolejnym już dzisiaj jeziorem Wakatipo, w miejscowości Kingston, na południowym jego krańcu. Zanim jednak do niego dotarliśmy, musieliśmy wjechać na najwyżej położoną przełęcz drogową w Nowej Zelandii – The Crown Range Summit. Droga znajduje się tutaj na wysokości 1076 m n.p.m. i oczywiście roztaczają się z niej piękne widoki.

Większość osób śpi dzisiaj w dużych namiotach na campingu, które umeblowane są w środku jak normalne pokoje hotelowe.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże

 

Nowa Zelandia – dzień 10

23 mar

To był dzień lodowcowy. Przed wyjazdem w dalszą drogę zeszliśmy jeszcze na chwilę na „naszą” plażę, bo wczoraj nie było za dużo czasu na nacieszenie się jej widokiem. W dalszej trasie zatrzymaliśmy się na dwóch punktach widokowych nad jeziorami. Pierwszy z nich był nad Jeziorem Ianthe. Był to nieplanowany postój, ale bardzo spodobał nam się widok z drogi, więc stanęliśmy i spędziliśmy tam około 20 minut delektując się pięknymi widokami i jedząc drugie śniadanie. Kolejny postój był nad Jeziorem Mapourika. Tutaj już nie było tak ładnie, ot zwykłe jezioro. Później jeszcze przejeżdżaliśmy przez bardzo ciekawy most, na którym odbywał się naprzemiennie ruch pociągów i samochodów. Gdy jedzie pociąg ruch samochodów jest wstrzymywany, gdy pociągu nie ma, po moście przejeżdżają samochody. Inną ciekawostką drogową były dwa ronda, przez środek których przebiegały tory kolejowe. Takich ciekawostek nie widziałem jeszcze nigdzie indziej na świecie.

Po około trzech godzinach jazdy dotarliśmy w końcu na parking pod lodowiec Franz Josef, skąd czekał nas około 45 minutowy trekking pod jęzor lodowca. Gdybyśmy byli tutaj 10 lat temu, czas marszu skróciłby się co najmniej o połowę, gdyż lodowiec był wtedy dużo dalej w głąb pięknej doliny. Niestety zmiany klimatu na naszej planecie i szkodliwa działalność człowieka powodują, jak powszechnie wiadomo, że lodowce na Ziemi topnieją w zastraszającym tempie. Dziś byliśmy tego świadkami na własne oczy. Być może za następne 10 lat lodowiec w ogóle zniknie…

Około 30 kilometrów dalej czekał nas drugi dzisiejszy trekking. Tym razem nieco krótszy, bo zajął nam około pół godziny. Po tym czasie doszliśmy pod czoło lodowca Fox. Ten lodowiec również szybko topnieje i z każdym rokiem jest go coraz mniej.

Dzisiejszy nocleg mamy tuż obok lodowca Fox. Po rozpakowaniu się w naszych pokojach całą grupą poszliśmy do miasteczka żeby zjeść kolację w jednej z tutejszych knajpek.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże

 

Nowa Zelandia – dzień 9

22 mar

Dzisiaj jechaliśmy dalej na południe po drodze zatrzymując się na punktach widokowych. Na pierwszym z nich mieliśmy godzinny trekking na szczyt góry, z której roztaczała się ładna panorama na płynącą w dolinie rzekę Hope i okoliczne góry.

Później były jeszcze dwa punkty widokowe nad rzeką, wzdłuż której dzisiaj bardzo długo jechaliśmy. A na koniec dnia dojechaliśmy do naszego noclegu, niedaleko Pancakes. Dziś nocujemy w kolejnym niesamowitym miejscu. Nasze dwa domki położone są w środku lasu. Mają kuchnie, pokoje dwuosobowe i część wspólną na górze, gdzie jest antresola, w której mieści się 7 materaców, a obok niej jest pokój ze stolikiem, w którym siedzimy sobie i robimy wieczorną imprezę.

Zanim jednak rozlokowaliśmy się w domkach, najpierw zeszliśmy zobaczyć „naszą” plażę, która znajduje się kilka minut drogi od naszych domków. Plaża jest obłędna! Zdjęcia i tak nie oddadzą jej uroku. Potem pojechaliśmy do Pancakes, czyli Naleśników – przepięknych skał położonych nad morzem, pośród których hulają sobie fale podczas przypływu. Akurat trafiliśmy na przypływ i czekaliśmy aż w tutejszej blowhole zacznie wystrzeliwać woda. Niestety dzisiaj fale były zbyt małe i nie było widać super efektu, kiedy to fale dostają się pomiędzy skały i wystrzeliwują w górę na wysokość kilkunastu metrów, ale i tak widoki były niesamowite.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże

 

Nowa Zelandia – dzień 8

21 mar

Dzisiejszy dzień był bardzo plażowy. Pierwszym punktem była Plaża Kaiteriteri. Na niej spędziliśmy ponad dwie godziny opalając się, spacerując po okolicy. Tylko kilka osób zdecydowało się na kąpiel ponieważ woda nie była za ciepła i temperaturą przypominała bardzo Bałtyk latem. Ja oczywiście się kąpałem i to nawet dwa razy. Na koniec pobytu na tej plaży kilka osób chętnych pojechało jeszcze na znajdujący się kilka kilometrów dalej punkt widokowy. Oprócz niego zdecydowaliśmy się także zejść zalesioną ścieżką na plażę Split Apple Rock. Nie wiedzieliśmy co to za plaża. Gdy do niej doszliśmy byliśmy zachwyceni. Przepiękny lazur wody, żółty piasek, grota w skale i bajkowa sceneria przez kilka minut cieszyły nasze oczy. Dłużej nie mogliśmy zostać, bo reszt grupy już na nas czekała aby jechać na kolejne dzisiejsze atrakcje.

Drugim punktem dzisiejszego dnia był punkt widokowy Hawkes Lookout, do którego musieliśmy dojść kilkaset metrów od głównej drogi. Z punktu tego roztacza się przepiękna panorama. Tutaj kręcono między innymi sceny do Władcy Pierścieni.

Po krótkim postoju na punkcie widokowym pojechaliśmy dalej, na kolejną plażę. Była to położona na samym północnym krańcu Wyspy Południowej plaża Wharariki Beach nad zatoką Golden Bay. Do niej również musieliśmy dojść około kilometra, idąc po drodze przez przepiękne widokowo tereny i mijając co chwila pasące się w trawie owce.

Czasami dobrze jest nie wiedzieć wcześniej gdzie się idzie i nie sprawdzać w Internecie wcześniej żadnych zdjęć, żeby móc po dojściu do celu zrobić wielkie oczy, stanąć jak wryty, otworzyć usta ze zdumienia, nie móc wypowiedzieć żadnego słowa i zachwycać się widokami, które pojawiają się przed Twoimi oczami. To co dzisiaj zobaczyłem było jednym z takich właśnie doświadczeń. I myślę, że nie ostatnim podczas tego wyjazdu.

Zobaczyłem przepiękną plażę Wharariki Beach z wydmami, jeziorkami, skałkami, zaroślami, lasem, fokami, dużymi falami, wiejącym wiatrem, bitwą chmur nadciągających znad gór z błękitem nieba nad morzem. Cieszyłem się jak małe dziecko, które dostało do ręki nową zabawkę. Tą nową zabawką dla mnie była możliwość zobaczenia nowego, cudownego miejsca na ziemi. Oczywiście wykąpałem się w morzu, bawiąc się na falach. O dziwo woda była tutaj cieplejsza niż rano. Kąpała się obok mnie też mała foczka, która jednak szybko odpłynęła na głębszą wodę. Po wyjściu z wody prawie natychmiast wyschłem, bo wiał bardzo silny wiatr. Wiatr ten niestety przywiał także znad gór chmury, z których zaczął siąpić deszczyk. Pomimo tego dzisiaj znów mieliśmy szczęście do pogody. Właściwie cały dzień świeciło słońce i było bardzo gorąco. Tylko przez chwilę, właśnie na plaży Wharariki przelotnie popadał lekki deszczyk.

Po powrocie do samochodu została nam już tylko godzinna podróż do Pohara, w której mieliśmy nocleg. Jednak po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na jeden postój. Po drodze zobaczyliśmy, że obok plaży ugrzązł w piachu samochód i jego właściciele rozpaczliwie próbują wydostać się z niego. Zatrzymaliśmy się, żeby im pomóc. Wspólnie z jeszcze jedną kobietą, która wzięła na hol nieszczęsny samochód, udało nam się, po kilku próbach, wyciągnąć go z piachu.

Dalsza podróż na camping minęła nam już bez żadnych niespodzianej i około 19 byliśmy już na miejscu. Dzisiaj zaszaleliśmy i poszliśmy do znajdującej się po drugiej stronie ulicy restauracji, w której zjedliśmy sobie pysznego hamburgera z frytkami. Jutro dalsza część naszej podróży.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże