RSS
 

Hero

15 sie

Czasami są w życiu takie dni, że nie wiesz co napisać, co powiedzieć, co ze sobą zrobić… Masz w sobie tylko ogromną pustkę. Zastanawiasz się dlaczego, co poszło nie tak? I nie znajdujesz na te pytania żadnej rozsądnej odpowiedzi. I nie ma w tym niczyjej winy, pozostaje tylko beznadziejna bezradność i mokre chusteczki. Płaczesz jak dziecko, chcąc… no właśnie czego chcąc?

Dziś jest taki dzień…

Dziękuję Ci za te wszystkie wspaniałe chwile i przepraszam, bardzo przepraszam!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Islandia – dzień 11

26 lip

Ostatni dzień na Islandii. Poranek przywitał nas piękną pogodą. Prawie godzinna kąpiel w wannie z gorącą wodą była czystą przyjemnością. Pogoda była tak dobra, że dwa razy wchodziłem do fiordu i nie czułem po wyjściu zimna. Po kąpieli i śniadaniu ruszyliśmy na zwiedzanie ostatnich atrakcji. Ale za to jakich!

Najpierw pojechaliśmy do Þingvellir. Jest to obszar w południowo-zachodniej Islandii, położony kilkadziesiąt kilometrów na wschód od stolicy kraju Reykjawiku, na północnym brzegu największego islandzkiego jeziora Þingvallavatn. Miejsce to jest bardzo ważne dla historii Islandii, jako że właśnie tutaj, w 930 roku, po raz pierwszy zebrał się islandzki parlament Althing, który jest jedną z najstarszych instytucji parlamentarnych świata, która funkcjonuje do dziś. Althing obradował tutaj aż do końca XVIII wieku. W tym samym miejscu ogłoszono pełną niepodległość Republiki Islandii w dniu 17 czerwca 1944.

Obszar ten jest również bardzo interesujący ze względu na budowę geologiczną. Znajduje się on bowiem w miejscu, gdzie stykają się płyty tektoniczne eurazjatycka i północnoamerykańska. Stąd też obserwuje się tu znaczącą aktywność sejsmiczną i wulkaniczną. Powierzchnia ziemi poprzecinana jest licznymi szczelinami, wśród których największa tworzy głęboki wąwóz Almannagjá. W 1928 utworzono na tym obszarze park narodowy, który w 2004 został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Poza zrobieniem sobie zdjęć na symbolicznej szczelinie, stojąc okrakiem pomiędzy dwiema płytami kontynentalnymi, przeszliśmy się wzdłuż wąwozu Almannagjá do wodospadu Öxarárfoss, po czym wróciliśmy na parking.

Drugim punktem dzisiejszego dnia była dolina Haukadalur, z polem geotermalnym o nazwie Geysir, na którym znajdują się dwa najbardziej znane islandzkie gejzery, oraz można zaobserwować kilka innych ciekawych zjawisk związanych z gorącymi źródłami. Geysir wyrzucał wodę na wysokość 80 metrów od XIV wieku do lat 60. XX wieku. Obecnie jest już nieaktywny, choć nieregularnie wyrzuca jeszcze wodę na kilka metrów w górę. Natomiast Strokkur to największy czynny gejzer Islandii. Wybucha co 5-10 minut. Wyrzuca słup wody na wysokość 30 metrów. Na terenie tego samego pola geotermalnego znajdują się także mniejsze źródła geotermalne – Smiður i Litli-Strokkur.

Niestety gdy podjechaliśmy na parking to zaczął padać deszcz i gejzery oglądaliśmy w niezbyt komfortowych warunkach. Obejrzeliśmy kilka wybuchów gejzeru Strokkur, obeszliśmy pozostałe ciekawe miejsca na polu geotermalnym, porobiliśmy zdjęcia i pojechaliśmy na wodospad Gullfoss. Jest on chyba najbardziej znanym i najczęściej odwiedzanym wodospadem na Islandii. Leży na rzece Hvítá. Składa się z dwóch kaskad. Pierwsza mierzy 11 metrów, druga, położona pod kątem w stosunku do pierwszej, ma wysokość 21 metrów. W każdej sekundzie przepływa przez niego 400 metrów sześciennych wody.

Na początku XX wieku Gullfoss miał być przekształcony w hydroelektrownię, jednak plany zarzucono. Według jednej wersji przyczyniły się do tego protesty mieszkańców, według drugiej brak funduszy. Wokół wodospadu utworzono park narodowy. Wodospad jest faktycznie imponujący. Szkoda tylko, że znów musieliśmy oglądać go przy padającym deszczu.

W drodze na lotnisko w Keflaviku zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę w Selfoss przy „winbudzie” – oczywiście ekipa chciała zrobić ostanie zakupy alkoholowe. Potem pozostała nam już tylko droga na lotnisko po obrzeżach Rejkiawiku, nad którym unosiły się złowrogie, czarne chmury, zdanie samochodów, nadanie bagażów i odlot do Gdańska.

W Gdańsku byliśmy już we wtorek, przed 3 rano. Po pożegnaniach, odwiezieniu części ekipy na dworzec kolejowy i zatankowaniu benzyny ruszyliśmy w drogę powrotną do Warszawy. Jechaliśmy tym razem krajową „siódemką”, która w wielu miejscach przebudowywana jest na drogę expresową i ruch odbywał się miejscami bardzo wolno. Ponadto na szerokości całych Żuław Wiślanych była gęsta mgła, a po drodze musiałem się jeszcze półtorej godzinki zdrzemnąć. Jeśli dodać jeszcze 2 postoje na McDonaldzie i KFC, to nie dziwne, że w domu byliśmy dopiero około południa.

Tak oto skończyła się nasza podróż do Islandii. Polecam każdemu jej odwiedzenie, bo jest naprawdę przepiękna i wyjątkowa!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże

 

Islandia – dzień 10

24 lip

Poranek bez deszczu! Zwinęliśmy się spokojnie na sucho i ruszyliśmy w drogę. Najpierw cofnęliśmy się trochę żeby zobaczyć największe w Europie źródło termalne Deildartunguhver. Znajduje się ono w okolicy wsi Reykholtsdalur. W ciągu sekundy wypływa z niego około 180 litrów wody o temperaturze około 100 stopni Celcjusza.

Następnie pojechaliśmy nad wodospady Hraunfossar i Barnafoss. Aby oddać ich piękno znów posłużę się trafnym ich opisem ze strony icelandnews.is: „Na skraju starego brzozowego lasu Húsafell, u źródeł biorącej swój bieg z topniejącego lodowca Eiriksjökull rzeki Hvítá , znajdują się dwa szczególne wodospady – Hraunfossar i Barnafoss. Malownicza okolica i liczne atrakcje sprawiają, że miejsce to jest chętnie odwiedzane nie tylko przez zagranicznych turystów, ale i samych Islandczyków.

Hraunfossar nazywany także Girðingar to ponad sto miniaturowych wodospadów. Ciąg kaskad i strumyków tryskających wprost ze skał wąwozu, spływa po jego zboczu na długości ponad siedmiuset metrów do rzeki Hvítá. Woda ta nie pochodzi jednak z żadnego podziemnego źródła, ale z tej samej „białej rzeki”. Przedostaje się ona z jej wyższych partii wsiąkając i przesączając się przez porowatą strukturę tysiącletniego pola lawy Hallmundarhraun, dzięki czemu zachowuje tę samą temperaturę 3,5°C i stały przepływ 5 m³/s. Dlatego też Hraunfossar nigdy nie zamarza i można podziwiać go bez względu na porę roku.

Kilkadziesiąt metrów powyżej Hraunfossar znajduje się wodospad Barnafoss, którego nazwa związana jest z pewną ponurą historią z przed wielu lat…

Dawno temu, w położonym w pobliżu wodospadu gospodarstwie Hraunsás miała mieszkać wdowa z dwójką dorastających chłopców. Pewnej wigilii świąt Bożego Narodzenia kobieta ta, wraz z dorosłymi mieszkańcami Hraunsás, udała się na pasterkę do kościoła w Gilsbakki. Noc była jasna i spokojna, i jako że powrót matki przedłużał się, zniecierpliwione dzieci zdecydowały się wyjść jej na przeciw. Gdy kobieta wróciła dom stał pusty. Po jej synach pozostały tylko odciśnięte w głębokim śniegu ślady, które wiodły w kierunku rzeki i urywały się na kamiennym łuku nad wodospadem… Zdruzgotana swoim odkryciem matka zrozumiała, że jej dzieci utonęły. W straszliwej rozpaczy postanowiła zniszczyć wtedy ten naturalny, kamienny pomost, tak by już nikt nigdy nie stracił tu życia. Od tego czasu wodospad nazywany jest „wodospadem dzieci”.

Teren, na którym znajdują się Hraunfossar i Barnafoss, zaadaptowano do zwiedzania w 1987 roku. Wyjątkowo czysta woda, o głębokiej miętowej barwie, wydaje się orzeźwiać już samym swoim widokiem, a liczne alejki, punkty widokowe oraz pomost przerzucony nad wąwozem bez wątpienia czynią to miejsce bardziej przyjaznym i atrakcyjnym.”

Gdy dojechaliśmy do miasta Borgarnes wyszło słoneczko i zrobiło się ładnie i ciepło. Zrobiliśmy zakupy w Bonusie i wreszcie pojechaliśmy na zdobywanie Półwyspu Snæfellsnes. Krajobraz półwyspu Snaefellsnes nazywany jest niekiedy „Islandią w miniaturze”, ponieważ znaleźć tu można wiele typowych dla tego kraju krajobrazów. Centralnym punktem regionu jest wulkan Snæfellsjökull, który może być uznany nieomalże za symbol Islandii. Jego wysokość sięga 1446 m n.p.m., a na jego szczycie znajduje się lodowiec. Wulkan znany jest dzięki francuskiemu pisarzowi Juliuszowi Verne, który umieścił w nim miejsce akcji swojej książki „Podróż do wnętrza Ziemi”.

Pierwszym przystankiem był mały wąwóz-grota Rauðfeldsgjá Gorge, mieszczący się pomiędzy przepięknymi skałkami obrośniętymi zielonym mchem. Z wąwozu wypływa rzeka, która nieco dalej wpada do morza. Krótki, kilkusetmetrowy marsz do wąwozu był dobrą rozgrzewką przed dalszym zwiedzaniem.

Później zatrzymaliśmy się w miejscowości Arnarstapi, przy tradycyjnych islandzkich domkach porośniętych na dachu trawą. To właśnie tu, w dziurze w ziemi obok domków, zaczęła się wspomniana wcześniej „Podróż do wnętrza Ziemi”.

Później pojechaliśmy kilkaset metrów, na koniec miasteczka i piękną, widokową trasą wzdłuż klifów, przeszliśmy około 2 kilometrów, podziwiając gnieżdżące się w klifach i latające na łąkach ptaki oraz przepiękne bazaltowe klify. Spacer skończyliśmy przy pomniku pół trolla Bárðara - pierwszego osadnika na tych ziemiach i wróciliśmy do samochodu. Po drodze musieliśmy jednak uważać na atakujące nas co chwilę rybitwy popielate, bo przechodziliśmy obok miejsc ich gniazdowania. T. nawet oberwała od jednej po głowie, na szczęście lekko.

Ostatnim punktem dzisiejszego dnia była plaża z fokami, których właściwie na niej nie było. Kilka pływało sobie daleko w zatoce, wynurzając co chwila głowy ponad powierzchnię wody i to wszystko. Pobyliśmy więc tam tylko chwilę, po czym wróciliśmy do samochodów i pojechaliśmy nad Wielorybi Fiord w okolicach Rejkiawiku, nad którym spaliśmy już wcześniej. Tak nam się tu spodobało, że specjalnie wybraliśmy to miejsce na nasz ostatni nocleg w Islandii. To tu jest wspaniała wanna z gorącą wodą i piękne widoki wokoło. Dodatkowo mieliśmy super pogodę, bo nie padało i było bardzo ciepło jak na tutejsze warunki. Oczywiście po rozłożeniu namiotów i zjedzeniu kolacji udaliśmy się na odprężającą kąpiel. A potem był już tylko miły sen…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże

 

Islandia – dzień 9

23 lip

Jeszcze tylko 2 dni i koniec wyprawy do Islandii. Już zaczynam żałować, ale trzeba skupić się na tym, co jeszcze zobaczymy. Dzisiaj niestety pierwszy dzień, kiedy składaliśmy namioty na mokro, przy padającym deszczu. Nie było to miłe, ale nic nie mogliśmy na to poradzić – trzeba było jechać dalej. Po ich złożeniu i zjedzeniu śniadania pojechaliśmy zobaczyć Akureyri. Ponieważ mocno padało, to przejechaliśmy tylko przez miasto, bez zatrzymywania się w nim. Miasto jak miasto, nic specjalnego.

Później, drogą nr 1, przejeżdżając po drodze przez Blönduós, dojechaliśmy na Półwysep Vatnsnes. Objechaliśmy go dookoła szutrową drogą, zatrzymując się co jakiś czas w najładniejszych miejscach. Widzieliśmy ruiny dawnej wikińskiej twierdzy – Borgarvirki. Później pojechaliśmy pod samotną, 15-metrową skałę Hvitserkur, stojącą sobie w morzu. Jest ona pozostałością po pradawnym wulkanie. Przypomina wyglądem słonia, choć tutejsze legendy mówią, że to skamieniały troll. Na parkingu przy skale Hvitserkur zrobiliśmy sobie przerwę na jedzenie. Można też było przejść się ścieżką kawałeczek dalej, w przeciwną stronę od skały i zobaczyć z daleka leżące na plaży stado fok. Pogoda była znośna, najważniejsze, że podczas chodzenia nie padało prawie wcale.

Najfajniejszą przygodę dzisiejszego dnia mieliśmy jadąc do następnej plaży z fokami. W pewnym momencie zobaczyliśmy stojące obok drogi kuce islandzkie. Zatrzymaliśmy się na środku pustej drogi żeby robić im zdjęcia. Koniki, gdy zobaczyły, że stanęliśmy i robimy im zdjęcia, zaczęły do nas podchodzić. Obwąchały cały samochód i zaczęły zaglądać do środka przez otwarte okna. Jeden wsadził nam cały swój łeb do środka! Mieliśmy więc niespodziewaną atrakcję.

Po zwiedzeniu Półwyspu Vatnsnes skierowaliśmy się do kolejnego półwyspu Snæfellsnes. Ponieważ zrobiło się już późno, to zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. Dziś mieliśmy spać na dziko, ale nigdzie nie mogliśmy znaleźć fajnego miejsca. Kiedy wreszcie udało się dojechać do przepięknej miejscówki, okazało się, że to teren prywatny i musimy go opuścić. Zrezygnowaliśmy z dalszych poszukiwań i udaliśmy się na kemping Varmaland, na którym się rozbiliśmy. Przestało padać. Oby w nocy i jutro też nie padało. Starczy już tego deszczu. Jutro pewnie dojedziemy na Półwysep Snæfellsnes.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże

 

Islandia – dzień 8

22 lip

Po śniadaniu i spakowaniu się pojechaliśmy na północ od Húsavíku, przejeżdżając tylko przez miasto, do Wąwozu (Kanionu) Ásbyrgi. Został on wyżłobiony przez… no właśnie nie wiadomo do końca przez co. Teorii jest co najmniej kilka. Kiedyś przez wąwóz przepływała rzeka Jökulsá á Fjöllum, działaniom której zawdzięcza swój obecny wygląd. W obecnej chwili jej nurt przebiega jednak na wschód od wąwozu. Według badań geologicznych, Wąwóz Ásbyrgi uzyskał swój obecny kształt w wyniku trzech szczególnie silnych przesunięć lodowców, które miały miejsce po erupcjach należących do lodowca Vatnajökull wulkanów Kverkfjöll i Bárðarbunga. Z kolei według nordyckiej Mitologii Ásbyrgi powstało zupełnie inaczej. Ponieważ jego forma przypomina podkowę, Islandczycy wierzyli że ośmionogi koń Odyna odcisnął tu swoje kopyto. Z tego powodu nazywano Ásbyrgi „Odciskiem stopy Odyna”.

My najpierw zwiedziliśmy kanion od środka. Przez lasek złożony z brzóz karłowatych doszliśmy do jego końca, nad wodospad Botnslakjarfoss i małe turkusowe jeziorko Botnstjörn, znajdujące się pod nim. Później wybraliśmy się na 12-kilometrowy trekking górą kanionu, do wodospadu, a następnie przez tundrowy płaskowyż nad kanion rzeki Jökulsá á Fjöllum, na której wczoraj, kilkadziesiąt kilometrów w górę rzeki, podziwialiśmy wodospady Dettifoss i Selfoss. Powrót na parking znów odbywał się przez łąki i tundrę. Gdy jechaliśmy do wąwozu pogoda była nieciekawa. W Húsavíku padał deszcz, a nad wąwozem unosiły się brzydkie chmury. Na szczęście nie padało i było ciepło. Gdy ruszyliśmy na trekking niebo przejaśniło się, a w drugiej jego części nawet momentami zaczęło wychodzić słoneczko.

Z Ásbyrgi udaliśmy się do Húsavíku zatrzymując się po drodze na pięknie oświetlonych słońcem klifach nad Oceanem Arktycznym. W Húsavíku byliśmy około godziny. Samo miasto to właściwie tylko port i jego okolice. To stąd kursuje najwięcej statków na obserwacje wielorybów. My przeszliśmy tylko przez miasteczko i zrobiliśmy pamiątkowe zakupy. Obowiązkowym punktem programu była wizyta w sklepie – tym razem Netto i w Vínbúðin – czyli sklepie z alkoholem (na Islandii, w zwykłych sklepach, można kupić alkohol tylko do 2,5%).

Po zakupach udaliśmy się w drogę do Akureyri, ale po drodze zjechaliśmy jeszcze nad przepiękny wodospad Góðafoss – czyli Wodospad Bogów. Tworzą go wody rzeki Skjálfandafljót, wypływającej z północnego czoła lodowca Vatnajökull. Ma 12 metrów wysokości oraz 30 metrów szerokości. Cytując artykuł ze strony icelandnews.is wodospad „swoją nazwę zawdzięcza doniosłemu wydarzeniu w historii Islandii, kiedy to w roku 1000 islandzki parlament Alþingi, obradujący w dolinie Þingvellir, zdecydował o przyjęciu chrześcijaństwa przez Islandczyków. Zanim doszło do podjęcia tej decyzji, parlament był podzielony na dwie rywalizujące i walczące ze sobą frakcje, a krewcy wikingowie dochodzili swych racji, najczęściej dobywając miecza, urządzając masowe rzezie w imię zemsty i własnego honoru. Do pierwszej frakcji należeli wierni starym, skandynawskim bogom konserwatywni poganie. Natomiast do drugiej ci, dla których lepszym dla Islandii było przyłączenie się do chrześcijańskiej Europy. Dwie wrogo do siebie nastawione grupy przybyły na posiedzenie parlamentu w dolinie Þingvellir. Nie mogąc dojść do porozumienia zwróciły się o pomoc do głosiciela prawa i kapłana Þorgeira Þorkelssona Ljósvetningagoði. Pomimo, że był poganinem, miał status przywódcy i osoby uprawnionej do podejmowania i wydawania decyzji. Po głębokim zastanowieniu się, wspiął się na „skałę prawa” (skała, gdzie naczelnicy rodów ustanawiali pierwsze prawa i zbierały się sądy), wygłosił do wszystkich zebranych płomienną mowę i w ten sposób przyczynił się do przyjęcia chrześcijaństwa przez mieszkańców Islandii.

Kiedy wrócił do domu z obrad parlamentu, a według starych sag mieszkał niedaleko obecnego wodospadu Goðafoss – wziął do ręki wszystkie statuetki pogańskich bogów, które posiadał, i wrzucił je do kipiącego nurtu wodospadu, wypowiadając następujące słowa: „nie będziemy modlić się i oddawać czci boskiej pogańskim bogom, ale będziemy wierni i oddani jasnemu Chrystusowi”. Do dzisiaj wodospad nosi nazwę Goðafoss, co w tłumaczeniu z języka islandzkiego znaczy – Wodospad Bogów.”

W Akureyri byliśmy około 21.00 ale nie zwiedzaliśmy miasta, tylko udaliśmy się od razu na ładny kemping pod, a właściwie to nad miastem. Miasto zobaczymy jutro. Po kolacji i rozbiciu namiotów poszedłem jeszcze na chwilę na górujące nad kempingiem wzgórze. Dzisiaj było już zbyt późno na zrobienie dobrego zdjęcia z góry, dodatkowo popsuła się znów pogoda i zaczęło mżyć. W lesie, przez który przechodziłem, a także na dzisiejszym trekkingu, wśród karłowatych brzóz, rosło pełno koźlaków. Nawet dwa zabrałem, ale więcej nie ma sensu, bo i tak nie będę miał co z nimi zrobić.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże

 

Islandia – dzień 7

21 lip

Całą dzisiejszą noc padał deszcz. Gdy nadszedł czas pobudki… przestało padać. Mieliśmy wyjątkowe szczęście – namioty składaliśmy znów prawie na sucho. Po śniadaniu ruszyliśmy w kierunku wodospadu Dettifoss, który znajduje się przy głównej drodze. Jest to wodospad o największym w Europie przepływie wody. Przez próg wodospadu przelewa się średnio 193 m³ wody na sekundę – ta wartość zmienia się w zależności od pory roku. Moc produkowana przez przepływającą przez Dettifoss wodę wynosi średnio 85 megawatów. Ma wysokość 45 metrów i szerokość 100 metrów. Zaraz obok, kilkaset metrów w górę rzeki Jökulsá á Fjöllum znajduje się wodospad, a właściwie wodospady Selfoss, które wyglądają z oddali trochę jak miniaturka wodospadów Iguazú. Po krótkim marszu z parkingu mogliśmy podziwiać oba wodospady. Są naprawdę niesamowite. Szkoda tylko, że w czasie drogi znów zaczęło padać, bo pewnie przy dobrej pogodzie i świecącym słońcu wodospady wyglądają jeszcze bardziej imponująco, szczególnie gdy w obłokach unoszącej się pary wodnej tworzy się tęcza.

Po zobaczeniu wodospadów ruszyliśmy w drogę do kaldery czynnego wulkanu Krafla, wypełnionej turkusowym jeziorkiem Víti (co oznacza Piekło), o dużej zawartości siarki. Obeszliśmy krater dookoła, oglądając po drodze gorące pola, z których wydostawały się na zewnątrz wulkaniczne gazy, czyli inaczej fumarole. Zabrałem sobie stamtąd do szkolnej gablotki kawałki leżącej dookoła fumaroli siarki.

Później zjechaliśmy kilka kilometrów niżej, przejeżdżając obok dużej elektrowni geotermalnej Krafla Power Plant – Kröflustöð i ciekawej toalety na świeżym powietrzu, do pól geotermalnych Námafjall Hverir, na których wrzały błotne wulkany, było mnóstwo fumaroli, wykwitów siarki i miejsc, z których z wielkim hukiem ulatywała para wodna zupełnie jak w czajniku, brakowało tylko gwizdka. Takie miejsca nazywane są profesjonalnie solfatarami.

Chwilę później dojechaliśmy już nad Jezioro Mývatn, czyli Jezioro Komarowe. Jak łatwo się domyśleć, swoją nazwę zawdzięcza… wcale nie komarom, a strasznie uciążliwym muszkom, które może nie gryzą jak komary, ale są okropnie nachalne i jest ich w okolicach jeziora mnóstwo. Jezioro Mývatn leży w północno-wschodniej Islandii. Ma powierzchnię 37 km², głębokość od 2 do 4,5 metrów i mnóstwo wysp. Od roku 1974 jest pod ścisłą ochroną. My zatrzymaliśmy się nad nim na jedzenie, a po posiłku udaliśmy się kilka kilometrów dalej, aby wyruszyć na zdobycie kolejnego wulkanu – Hverfjall. Jest to wygasły wulkan o wysokości 420 m n.p.m.. Ale aby do niego dojść musieliśmy przejść najpierw przez niesamowite pole wulkanicznej lawy – Dimmuborgir, co po islandzku można tłumaczyć jako „mroczne fortece”. Cały teren został ukształtowany przez wybuch pobliskiego wulkanu Thrergslaborgir, około 2300 lat temu. Niesamowity magmowy krajobraz pełen skalnych filarów, szczelin i podziemnych jaskiń przemawia do wyobraźni każdego, kto pojawił się tu choć raz. Pogoda nas nie rozpieszczała, ale daliśmy radę. Na szczęście przestał padać deszcz i większość dwugodzinnej trasy pokonaliśmy „na sucho”. Gdy wchodziliśmy na krater, to jego szczyt spowity był chmurami. Gdy zdobyliśmy wierzchołek chmury rozrzedziły się i pozwoliły nam przez dłuższą chwilę rozkoszować się widokami ze szczytu na Jezioro Mývatn, jak i na wnętrze krateru. Ze szczytu część grupy schodziła inną drogą. Kilka osób musiało wrócić na parking po samochody, bo drugie zejście prowadziło na inny parking. Na tym parkingu była mała jaskinia Grjótagjá, która niegdyś była tutejszym popularnym kąpieliskiem. Jednak w latach 1975-1984, z powodu geologicznej aktywności tego rejonu, temperatura wody wzrosła do ponad 50 stopni i kąpieli zaprzestano.

Wreszcie przyszła pora na szukanie noclegu. Pierwotnie mieliśmy go zaplanowanego gdzieś na brzegach Jeziora Mývatn, jednak ilość muszek fruwających w powietrzu skutecznie nas od tego pomysłu odwiodła i znaleźliśmy go dopiero nieopodal Húsavíku, niedaleko brzegu morza, a właściwie Oceanu Arktycznego. Gdy rozbiliśmy już namioty i spojrzeliśmy w kierunku oceanu, oczom naszym ukazał się przepiękny widok. Okazało się, że gdy chmury na chwilę się rozeszły, odsłoniły przepiękne szczyty ośnieżonych lekko gór, po drugiej stronie zatoki. Zanim poszliśmy spać, zjedliśmy kolację (czyli tradycyjnie chińskie zupki), a ja poszedłem jeszcze sobie na chwilę nad morze, które było o jakieś 5 minut spaceru od miejsca naszego biwakowania. Porobiłem zdjęcia klifom i różnym roślinkom oraz atakującym mnie rybitwom popielatym. W końcu to ja byłem tu intruzem i zakłóciłem im spokój przechodząc tuż obok ich gniazd.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże