RSS
 

Rumunia-Ukraina-Mołdawia – Dzień 10

26 lip

Wyjazd z Kiszyniowa trochę nam zajął, bo musieliśmy zebrać wszystkich z trzech hoteli. Przed 10 dojechaliśmy do granicy Mołdawii i Naddniestrza, nieuznawanej, samozwańczej separatystycznej republiki, mocno uzależnionej od Rosji, choć przez Rosję oficjalnie również nieuznawanej. Pobyt na granicy nie trwał tak długo jak zakładaliśmy. Oczywiście każdy próbował zrobić z ukrycia zdjęcia na granicy. Ja również. Udało mi się trochę zrobić i gdy już wracałem z toalety do autokaru zawołał mnie do siebie pogranicznik i kazał pokazać zdjęcia, bo zauważył, że robiłem zdjęcia ciągników na polu. Trochę się przestraszyłem, bo kazał mi pokazywać wszystkie zdjęcia po kolei. Kazał mi skasować zdjęcie z ciągnikami i jeszcze jedno z granicą, po czym miałem serię zdjęć ze słonecznikami. Gdy doszedłem do ostatniego, po którym znowu miałem zdjęcia granicy postanowiłem zagrać va banque i zacząłem przewijać zdjęcia w drugą stronę. Gdy doszedłem do końca zdjęć, zaczęły się pojawiać pierwsze zdjęcia z Polski. Machnął ręką i kazał mi wracać do autokaru. Odetchnąłem z ulgą, bo udało mi się jednak zachować kilka zdjęć z granicy.

Po przejechaniu granicy zatrzymaliśmy się w pierwszym mieście żeby wymienić pieniądze na tutejsze, czyli ruble naddniestrzańskie i pójść na zakupy do sklepu. Ja nie kupiłem nic, ale większość osób kupowała oczywiście alkohol, który kosztuje tutaj grosze. Za dobre wino trzeba zapłacić około 7 złotych, a za siatkę 10-letniej whisky około 60 złotych. Autokar jest więc „nieco” cięższy po wizycie naszej grupy.

Kolejnym przystankiem w Republice Naddniestrzańskiej była, położona oczywiście nad Dniestrem, średniowieczna Forteca Bendery. Jej początki sięgają drugiej połowy XV wieku, kiedy to ówczesny hospodar mołdawski Stefan III Wielki polecił wybudować tu niewielki gród warowny. Niespełna pół wieku później tereny te dostały się pod panowanie Imperium Osmańskiego. Za czasów sułtana Sulejmana Wspaniałego niewielki zamek został przebudowany w potężną twierdzę obronną. W kolejnych wiekach forteca ta była wielokrotnie oblegana przez wojska mołdawskie. Swój ostateczny kształt twierdza uzyskała w czasie ostatniej większej przebudowy jaka przeprowadzona została w drugiej połowie XVIII wieku.

Niedługo potem wjechaliśmy już do stolicy samozwańczej republiki – Tyraspolu. Zatrzymaliśmy się w centrum miasta i mieliśmy ponad godzinę czasu wolnego na jego obejrzenie. Zobaczyliśmy parlament, przed którym stoi olbrzymi pomnik Lenina, cerkiew i czołg po drugiej stronie ulicy, stanowiące razem Pomnik Chwały Wojennej, upamiętniający poległych w II wojnie światowej, wojnie w Afganistanie oraz wojnie o Naddniestrze oraz pomnik Aleksandra Suworowa – założyciela miasta. A ponieważ niewiele więcej jest tu do zobaczenia, to w kilka osób postanowiliśmy przejść przez most nad Dniestrem i udać się nad naddniestrzańską plażę. Kąpiel w wodach Dniestru była wspaniałym ochłodzeniem przy dzisiejszym upale. Spędziliśmy w wodzie dobrych kilkanaście minut i wróciliśmy do autokaru.

Pozostało nam już tylko przejechać granicę z Ukrainą i dojechać w końcu do Odessy. Na granicy spędziliśmy prawie 2 godziny. Najpierw spędziliśmy trochę czasu na granicy Republiki Naddniestrzańskiej, ale dość szybko pojechaliśmy dalej. Na granicy ukraińskiej spędziliśmy dużo więcej czasu, a to dlatego, że oprócz pieczątek ukraińskich, musieli nam również wbić do paszportu wyjazdowe pieczątki mołdawskie. Z tym był problem, bo przecież wyjeżdżaliśmy oficjalnie nie z Mołdawii a z Naddniestrza tyle, że bez wbijania pieczątek… Trochę to skomplikowane, stąd na jednej granicy musieliśmy odbyć niejako dwie odprawy – ukraińską i mołdawską.

Do Odessy dojechaliśmy stosunkowo szybko, bo już około godziny 20. Po rozlokowaniu się w pokojach poszliśmy na miasto. Najpierw weszliśmy do Pyzatej Chaty – czegoś w rodzaju baru szybkiej obsługi, żeby zjeść obiadokolację. Później przeszliśmy się głównym spacerowym deptakiem miasta – ulicą Deribasovskaya oraz poszliśmy obok Teatru Opery i Baletu na Bulwar Primorskiy aż do słynnych Schodów Potiomkinowskich – „gigantycznych schodów” będących symbolicznym wejściem do miasta. Są one najbardziej rozpoznawalnym w świecie symbolem Odessy. Zostały rozsławione w filmie „Pancernik Potiomkin”, sceną masakry ludności dokonanej tu przez rytmicznie maszerujące wojsko carskie. Spod schodów postanowiliśmy już wrócić do naszego Hotelu Zirka. Byliśmy wszyscy bardzo zmęczeni dzisiejszym dniem, a właściwie niemiłosiernym upałem jaki dzisiaj panował na dworze. Całe szczęście, że w pokoju mamy klimatyzację i lodówkę. Zaraz więc idę wziąć prysznic, później zjem kawałek pysznego, zimnego arbuza i położę się spać. A. już zasnęła. Jutro dalsza część zwiedzania miasta – tym razem z przewodniczką.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże

 

Rumunia-Ukraina-Mołdawia – Dzień 9

25 lip

Zanim pojechaliśmy w kierunku granicy z Mołdawią zatrzymaliśmy się w Jassach przed Pałacem Kultury. Ten wyjątkowy budynek, zaprojektowany przez I. D. Berindeia w latach 1906-1925 na początku pełnił funkcję Pałacu Sprawiedliwości i Administracji, teraz natomiast mieści Muzeum Narodowe i jest największą atrakcją regionu Hospodarstwa Mołdawskiego. Przez ostatnie lata Pałac przechodził szeroko zakrojone prace restauracyjne, które obejmowały też modernizację oświetlenia fasady i instalację rozwiązań oświetleniowych LED. Obecnie jest to największy w Rumunii obiekt oświetlony w technologii LED. Obok Pałacu Kultury zobaczyliśmy również Casa Dosoftei – dom rumuńskiego kronikarza i poety.

Do granicy dojechaliśmy w ciągu godziny. Przez moment myśleliśmy, że nie wjedziemy do Mołdawii, bo celnik przyczepił się do kierowców, że brakuje im jakiegoś dokumentu. Kierowcy niewiele myśląc zadzwonili do swojej ambasady (nasi kierowcy są z Ukrainy a autokar, którym jeździmy jest na ukraińskich numerach). Gdy przekazali celnikowi telefon, po 30 sekundach okazało się, że wszystko jest w porządku i możemy jechać dalej.

Całe zamieszanie na granicy i przejechanie na stronę mołdawską trwało około półtorej godziny. To i tak mało, bo z niektórych relacji wiem, że można na tutejszej granicy spędzić dużo więcej czasu. Gdy już wszystkie formalności paszportowe były załatwione wymieniliśmy w kantorze pieniądze oraz zatankowaliśmy paliwo na pierwszej przygranicznej stacji. Opłacało się czekać z tankowaniem do Mołdawii – litr benzyny 95 kosztuje tu w przeliczeniu około 2,80 zł.

Jeżeli narzekałem na drogi w Rumunii, które rzeczywiście są tam dość kiepskie, to nie wiem co mam napisać o tych mołdawskich. Są jeszcze gorsze i trzeba jechać takimi, których się jest pewnym. Nawet te „duże” zaznaczone na mapie, potrafią być w dużej części drogami szutrowymi.

Głównym celem dzisiejszego dnia były winnice Cricova. W Mołdawii znajdują się dwie największe piwnice winne świata – Milestii Mici i Cricova. Choć Milestii Mici jest największa to, jeśli mamy wybierać którą zwiedzić, warto wybrać Cricovą. Jest to bowiem coś więcej niż winnica. To także fabryka szampanów i miejsce ekskluzywnych spotkań mołdawskich polityków i dyplomatów. Tutaj przyjeżdża niemal każda zagraniczna delegacja odwiedzająca Kiszyniów. Zwiedzanie trwało prawie dwie godziny. Połączone było z degustacją szampana. Niestety nasz bilet był za tani, żebyśmy mogli uczestniczyć również w degustacji innych win, dlatego musieliśmy obejść się smakiem, oglądając inne grupy podczas winnej uczty połączonej z drobnymi przekąskami.

Winnice zrobiły na mnie spore wrażenie. W ramach zwiedzania odbyliśmy przejażdżkę elektrycznym pociągiem po podziemnych korytarzach z własnymi znakami drogowymi i nazwami ulic, na głębokość 90 metrów pod ziemią, oglądaliśmy proces wytwarzania szampana i innych win, zwiedziliśmy muzeum z licznymi, okazjonalnymi i bardzo rzadkimi rodzajami win z całego świata (niektóre butelki warte są nawet kilkadziesiąt tysięcy dolarów) oraz widzieliśmy miejsca, w których leżakują sobie spokojnie butelki z winami, które są własnością między innymi Aleksandra Łukaszenki, Władimira Putina, Angeli Merkel czy Donalda Tuska. W każdej chwili mogą oni zadzwonić do winnicy i zamówić sobie wino, które natychmiast zostanie wysłane kurierem pod wskazany adres.

Z winnic Cricova pojechaliśmy do wykutego w skale Monastyru Orheiul Vechi. Jest to kompleks historyczno-archeologiczny, położony około 60 km od Kiszyniowa, nad rzeką Reut (Răut). Leży on nad przepięknym meandrem tej rzeki. Monastyr znany jest z tego, że kilka metrów pod ziemią, w skromnej skalnej celi mieszka samotnie jeden mnich, który kultywuje dawne tradycje. Historia monastyru sięga XIII wieku, kiedy prawosławni mnisi wykopali pięć monastyrów w wapiennej skale.

Dzisiejszy nocleg mamy w stolicy Mołdawii – Kiszyniowie (Chișinău). Mimo dosyć późnej pory przyjazdu, poszliśmy jeszcze zwiedzić centrum miasta i coś zjeść. Ja tym razem, po obfotografowaniu najważniejszych miejsc w mieście, posiliłem się w McDonaldzie.

W hotelu Funky Mamaliga byliśmy około 23. Były drobne problemy z rozdziałem pokojów, bo trafiliśmy do pokojów, w którym były już obce nam osoby i nie wszyscy byli z tego powodu zadowoleni, ale ostatecznie dało się załagodzić sytuację.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże

 

Rumunia-Ukraina-Mołdawia – Dzień 8

24 lip

Byliśmy dzisiaj pierwszą grupą, która weszła zwiedzać olbrzymi gmach rumuńskiego parlamentu. Jest to drugi co do wielkości budynek na świecie po waszyngtońskim Pentagonie. Rozpoczęcie budowy pałacu wymagało rozbiórki około 7 km² centrum starego miasta i przesiedlenia około 40 tysięcy ludzi z terenu planowanej budowy. Wyburzenia rozpoczęto w 1980, objęły one kilka kwartałów kamienic oraz kilkanaście budynków sakralnych – pretekstem do wyburzeń było trzęsienie ziemi w Bukareszcie w 1977 roku. Po rewolucji ustrojowej w Rumunii w 1989 roku pałac był ukończony w 80%. Nazwano go „Pałacem Narodu” i zastanawiano się nad jego nowym przeznaczeniem. Ostatecznie zdecydowano, zdecydowano, że budynek pozostanie w rumuńskich rękach i będzie służył narodowi rumuńskiemu. Zwiedzanie z przewodnikiem zajęło nam półtorej godziny. Podziwialiśmy ogromne sale w gmachu parlamentu oraz poznawaliśmy jego historię.

Około południa wyjechaliśmy z Bukaresztu. Obraliśmy kierunek na miejscowość Jassy, położoną w północno-wschodniej Rumunii, niedaleko granicy z Mołdawią. Tam będziemy dziś spać, ale zanim to nastąpi to mamy przed sobą jeszcze bardzo długą drogę.

Po dwóch godzinach jazdy skręciliśmy na małą górską drogę, która prowadziła do kolejnej atrakcji dzisiejszego dnia, czyli Vulcani Noroiosi – błotnych wulkanów na szczycie okolicznych gór. Spomiędzy ziemi, w skupiskach płynnego błota, raz po raz wydostawały się na powierzchnię gazy w postaci pęcherzów bulgoczącej wody. Takich miejsc było kilka. Sama okolica nie zrobiła na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia, szczególnie po gejzerach i polach geotermalnych, które widziałem na Islandii i w Nowej Zelandii. Może gdybym był tu najpierw, wrażenie byłoby dużo większe. Podziwianie wulkanów skończyliśmy wraz z pierwszymi kroplami deszczu, który zaczął padać z ponurych i trochę strasznych burzowych chmur, które towarzyszyły nam podczas całej wizyty. Gdy wyjeżdżaliśmy z wulkanów, burza z piorunami rozszalała się na dobre, ale my siedzieliśmy już bezpiecznie w autokarze i zjeżdżaliśmy z gór zostawiając ją za sobą. Jechaliśmy w kierunku miasta Buzău , gdzie mieliśmy godzinną przerwę na zakupy w Carrefourze i Kauflandzie.

W Jassach (Iași) byliśmy około godziny 22. Po drodze mieliśmy jeszcze dwa krótkie postoje na siku. Pierwszy z nich wypadł akurat w miejscu gdzie rosły słoneczniki. No a skoro o tym piszę, to nietrudno się domyślić, że jedna z tych pięknych, dojrzałych już roślin trafiła w moje ręce i obecnie jest już przez mnie spożywana :).

Dzisiejszy hotel – Onest, jest jak na razie najlepszy w czasie całego wyjazdu. Mamy z A. pokój dwuosobowy, no i po raz pierwszy z klimatyzacją. Jutro wstajemy pół godziny wcześniej niż zwykle, czyli o 7.30. Mamy zatrzymać się na chwilę w centrum, a potem ruszamy już w kierunku granicy z Mołdawią.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże

 

Rumunia-Ukraina-Mołdawia – Dzień 7

23 lip

Rano wyjechaliśmy w kierunku Zamku Drakuli lub inaczej Zamku Bran. Ma on niewiele wspólnego z samym Draculą, który nigdy tutaj nie zawitał, ale to właśnie ten zamek najbardziej odpowiadał opisowi z książki i dlatego jest on najliczniej odwiedzanym zamkiem w Rumunii przez turystów z całego świata. Średniowieczny zamek, wzniesiony już na początku XIII wieku przez Krzyżaków, na pograniczu z Wołoszczyzną, był przez wiele stuleci ważnym punktem obronnym. Od 1920 pełnił funkcję rezydencji letniej królowej Rumunii Marii. Przejęty przez komunistyczny rząd Rumunii w 1947, powrócił w 2006 do spadkobiercy ostatniego właściciela, Dominika Habsburga, który wystawił obiekt na sprzedaż. Obecnie mieści się w nim muzeum historyczne. W zamku było mnóstwo ludzi i jego zwiedzanie nie było komfortowe, tym bardziej, że przejścia pomiędzy kolejnym komnatami w zamku  są bardzo wąskie.

Bran nie był ostatnim zamkiem, który dzisiaj zwiedzaliśmy. Kolejnym punktem dzisiejszego dnia była wizyta w mieście Sinaia. Mimo, że mieliśmy do niego ledwie kilkadziesiąt kilometrów, to dojechanie do niego zajęło nam kilka godzin. Okazało się, że w mieście akurat dzisiaj odbywał się rajd samochodowy i na drogach dojazdowych do miasta, położonego dość wysoko w górach, utworzyły się wielokilometrowe korki.

Gdy już znaleźliśmy się w mieście, jego zwiedzanie zaczęliśmy od Monastyru Sinaia. Żeby do niego dojść musieliśmy przejść przez ulicę, po której odbywał się rajd. Policjant przepuścił nas dopiero jak trasa była bezpieczna, w związku z czym mieliśmy okazję obejrzeć kilka uczestniczących w rajdzie samochodów. Monastyr Sinaia wybudowany został w latach 1690-95 z inicjatywy Michała Cantacuzino. Na początku swojego istnienia klasztor ten miał pełnić jedynie funkcję pustelni z kilkoma celami dla mnichów. Jednak w kolejnych wiekach monastyr był wielokrotnie rozbudowywany i przebudowywany. W latach 1842-46 na polecenie hospodara Gheorghe Bibescu pośrodku klasztornego dziedzińca zbudowano nową, większą cerkiew, ale do dzisiaj zachowała się przy murze klasztornym pierwotna świątynia zdobiona oryginalnymi freskami.

Z Monastyru już niedaleko było do Zamku (a właściwie to Pałacu) Peles – królewskiej rezydencji wypoczynkowej położonej pośród Gór Bucegi. Pałac zbudowano z polecenia króla Rumunii Karola I. Ponieważ korki skutecznie opóźniły nam dojazd, to okazało się, że kupując bilety byliśmy ostatnimi, którym je dzisiaj sprzedano. Mieliśmy więc dużo szczęścia, że nam się udało zwiedzić wnętrza Pałacu Peles. A było warto, bo rezydencja jest naprawdę imponująca, a bogactwo i przepych aż biją po oczach, w każdej z pałacowych sal.

Z miasta Sinaia wyjechaliśmy około 18 i udaliśmy się w kierunku oddalonego stąd o około 130 kilometrów Bukaresztu. To właśnie w stolicy Rumunii mamy dzisiejszy nocleg. W hotelu byliśmy około 21. Jeszcze wieczorem poszliśmy na spacer po ulicach Bukaresztu. Ja z A. poszliśmy sobie na spacer wokół starego miasta. Do naszego hostelu Crazy Duck wróciliśmy dopiero około pierwszej w nocy. Jeszcze do 2 posiedzieliśmy w kuchni przy winie, po czym w końcu poszliśmy spać. To będzie naprawdę wyjątkowo krótka noc. A już jutro rano idziemy dalej zwiedzać stolicę Rumunii.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże

 

Rumunia-Ukraina-Mołdawia – Dzień 6

22 lip

W dzień Sighișoara nie wygląda tak uroczo jak nocą, ale za to sklepy są otwarte no i można porobić wyraźniejsze zdjęcia. Oprócz tego co zobaczyliśmy wczoraj, dzisiaj byliśmy dodatkowo w najwyższym punkcie miasta, czyli na wzgórzu z Kościołem Ewangelicznym i cmentarzem. Obeszliśmy też prawie całą miejską cytadelę dookoła oglądając wszystkie wieże obronne i bramy wjazdowe, a po wybiciu godziny 10 weszliśmy na wysoką na 64 metry Wieżę Zegarową, wzniesioną w 1556 roku. Jest to najbardziej charakterystyczna budowla w zabytkowym centrum, wpisanym oczywiście na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Na wieży obejrzeliśmy znajdujące się tu Muzeum Historyczne i oczywiście podziwialiśmy widoki na miasto z tarasu widokowego.

Drugim dzisiaj odwiedzanym przez nas obiektem był Warowny kościół w miejscowości Prejmer. Wraz z sześcioma innymi podobnymi wsiami siedmiogrodzkimi również znajduje się od 1999 roku na liście światowego dziedzictwa UNESCO.

Do Hotelu Decebal w Braszowie (Brașov), gdzie dzisiaj będziemy spać, dojechaliśmy już około godziny 14. Rozlokowaliśmy się w pokojach i o 15 ruszyliśmy zwiedzać miasto. Nasz hostel oddalony jest od zabytkowego centrum miasto o dobre pół godziny marszu. W 38 stopniowym upale, jaki dzisiaj był w mieście, nie było łatwo iść, ale daliśmy radę. W nagrodę czekało na nas przepiękne stare miasto z licznymi zabytkami. Braszów jest ósmym co do wielkości miastem w Rumunii. Został założony w 1211 roku przez Krzyżaków. W średniowieczu był centrum wymiany handlowej między Półwyspem Bałkańskim a Mołdawią i Wołoszczyzną. Zobaczyliśmy najważniejsze zabytki w mieście: rozległe Stare Miasto reprezentujące różne style architektoniczne; Ratusz, którego początki sięgają 1410 roku; Czarny Kościół; Cerkiew św. Mikołaja.

Pośrodku miasta, niemal pionowo od Starego Miasta, wznosi się na 400 metrów od poziomu miasta, góra o nazwie Tâmpa (960 m n.p.m.). Jest nierozerwalnie związana z miastem, które wręcz otacza ją całą. Na szczycie, od strony zabytkowego centrum, ustawiony jest wielki napis Brașov, stylizowany na słynny napis Hollywood w Los Angeles. 10 minut pieszo od niego znajduje się górna stacja kolejki linowej, z której oczywiście dzisiaj skorzystaliśmy. Widoki z góry są naprawdę piękne.

Po zjechaniu na dół poszedłem z A. do jednej z wielu tutejszych knajpek na tradycyjne flaki. Tym razem nie jedliśmy nic więcej, więc będę miał wreszcie możliwość zjedzenia mojej zupki chińskiej, która czeka już na mnie trzeci dzień. Do hotelu dotarliśmy o godzinie 20.

Wieczór spędziliśmy na… budowanym obok naszego pokoju hotelu. Na prowizoryczny taras wyszliśmy sobie przez okno i w przyjemnym chłodzie piliśmy wino i piwo, jedliśmy kupionego arbuza i rozmawialiśmy.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże

 

Rumunia-Ukraina-Mołdawia – Dzień 5

21 lip

Dziś kolejny dzień zwiedzania Rumunii. Tak jak napisałem wczoraj zaczęliśmy go od zwiedzania miasta Cluj Napoka. Obejrzeliśmy między innymi: Kościół św. Michała i stojący przed nim pomnik Macieja Korwina – króla Węgier, Chorwacji i Czech. Widzieliśmy też Teatr Narodowy, Sobór Zaśnięcia Matki Bożej, budynek Sądu i przeszliśmy się deptakiem w centrum miasta. Zwiedzanie zajęło nam około godziny, po czym ruszyliśmy w kierunku miasta Turda, gdzie mieliśmy zarezerwowane zwiedzanie kopalni soli.

Kopalnia soli Salina Turda to jedna z największych i najstarszych kopalni w Europie. Sól wydobywano tu już w czasach rzymskich. Eksploatację zakończono w roku 1932, a w 1992 miejsce otwarto dla zwiedzających. Obecnie kopalnia uznawana jest za jedną z większych atrakcji Rumunii. Od wejścia ciągnie się długi (prawie kilometrowy), solny korytarz prowadzący do Komnaty Echa, w której mogliśmy przetestować doskonałą akustykę kopalni. Dalej odwiedziliśmy kolejne sale i korytarze prowadzące do głównej komnaty Saliny. Jest ona tak ogromna, że mieści w sobie amfiteatr, diabelski młyn, pole do minigolfa, tory do kręgli i plac zabaw, a także podziemne słone jezioro, po którym można przepłynąć się wypożyczoną łódką. Zwiedzanie kopalni zajęło nam około 2 godzin.

Kolejnym przystankiem był średniowieczny Zamek Corvinilor w Hunedoarze uznawany za najpiękniejszy w Transylwanii. Castelul Corvinilor, jak zwany jest po rumuńsku, powstał prawdopodobnie w XIV wieku, ale to Jan Hunyady – węgierski magnat, wojewoda siedmiogrodzki, gubernator i regent Węgier oraz bohater narodowy, który zasłynął zwycięstwem nad Turkami podczas oblężenia Belgradu w 1456 roku uczynił z zamku po 1440 r. potężną twierdzę z podwójnym pierścieniem murów obronnych oraz kilkoma wieżami – prostokątnymi i kolistymi, które były zupełną innowacją w ówczesnych czasach w Transylwanii. Zamek zwiedza się około godziny, chodząc po wyznaczonych jego fragmentach. Już po zwiedzaniu, gdy wracaliśmy do autokaru, zaczęło grzmieć ale wielkiego deszczu z tego nie było.

Nieco ponad dwie godziny później byliśmy już w Sibinie (Sibiu). Mieliśmy tutaj dwie godziny czasu wolnego na zwiedzenie miasta i zjedzenie kolacji. Miasto jest bardzo ładne. Zwiedziliśmy oczywiście Starówkę z Ratuszem, Most Kłamców, Kościół Najświętszej Marii Panny przed którym zabito syna Vlada Draculi, oraz górne i dolne miasto. Dodatkowy urok miastu dodawały promienie zachodzącego słońca. Ja z A. usiedliśmy sobie później w knajpce i zjedliśmy ponownie tutejsze flaczki oraz sarmale – czyli rumuńskie gołąbki z kiszonej kapusty. Oczywiście było też zimne piwo oraz lemoniada.

Na nocleg do Sighișoary dojechaliśmy około godziny 23. Śpimy dziś w magicznym miejscu, do którego jednak musieliśmy najpierw dojść na piechotę i to mocno pod górkę. Tym magicznym miejscem jest Hostel Burg, znajdujący się wewnątrz Cytadeli, w samym historycznym sercu Sighișoary – miejscu urodzenia Włada Palownika czyli Drakuli. Miasteczko, które uznawane jest za  jeden z najlepiej zachowanych średniowiecznych zespołów miejskich w Europie Środkowo-Wschodniej będziemy zwiedzać dopiero jutro rano, ale wchodząc do niego tak zauroczyło nas swoim pięknem, że jeszcze przed pójściem spać postanowiliśmy wybrać się na krótki spacer. Warto było, bo oświetlone nocą stare miasto wygląda bajkowo. Po drodze widzieliśmy dom, w którym urodził się i mieszkał Vlad Dracula, zrobiliśmy sesję zdjęciową i wróciliśmy do pokoju aby w końcu pójść spać.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże