RSS
 

Babant sierpniowy

31 sie

Tegoroczny Babant zaczął się dla mnie na dobre tak naprawdę dopiero w sierpniu. Wcześniej byłem tutaj tylko kilka dni w czerwcu, kiedy rozkładałem przyczepę i kilka dni w lipcu, przed wyjazdem do Rumunii.

Już jadąc tutaj przeżyłem pierwsze przygody. Tuż za Przasnyszem wjechałem w potężną burzę z wichurą, którą na szczęście bardzo szybko przejechałem, choć niektóre samochody stały na poboczu i nie kontynuowały jazdy. Zresztą gwałtowne burze były nieodłączną częścią tegorocznego lata. Niestety okazały się także tragiczne w skutkach, jak ta, która powaliła 80 tysięcy hektarów (!) lasu na Pomorzu i niestety przyczyniła się do śmierci kilku osób, w tym 2 kilkunastoletnich dziewczynek z obozu harcerskiego, który nieszczęśliwie znajdował się na trasie trąby powietrznej.

Zaraz na początku mojego pobytu odwiedziłem w Pieckach O. z mojej klasy i jej rodzinę. Dzień był akurat upalny, więc spędziliśmy go nad jeziorem.

W tym roku odwiedzili nas również K. i N. z małą Helenką. Spędzali akurat urlop w okolicach Piszu i wpadli nas odwiedzić, ku uciesze wszystkich Babantowiczów. K. jadąc tu pomylił drogi i chcąc zawrócić w lesie zakopał się swoją mazdą tak, że musieliśmy po niego jechać i go wyciągać na holu. Jak co roku byli K. i K., choć w tym roku wpadli tylko na 3 dni, bo K. wracała akurat z Przystanku Woodstook, a potem grała na festiwalu w Ostródzie. Do B. przyjechał na 3 dni, swoim nowym mercedesem, K. z J., a później do M. jej chłopak F. oraz, też na 3 dni, jej znajomi z Warszawy.

Na długi sierpniowy weekend pojechałem do Warszawy po A. Przyjechała tutaj ze mną w sobotę rano. Oczywiście pływaliśmy w jeziorze, chodziliśmy na spacery i siedzieliśmy wieczorem przy ognisku. Ponadto w sobotę w Jeleniowie odbywał się festyn pod nazwą: „Dzień grzyba”. Były oczywiście tańce i zabawy, konkurs drwali oraz domowe jedzenie. Niestety nie doczekaliśmy się głównego dania, czyli dzika, który pojawił się dopiero późnym wieczorem, gdy my już wróciliśmy na pole. A w niedzielę wybraliśmy się do Olszyn koło Szczytna na targ staroci. Kupiliśmy niewiele ale za to pooglądaliśmy sobie różne różności. Później w Szczytnie zrobiliśmy jeszcze drobne zakupy i wróciliśmy nad Babant. Do Warszawy wróciliśmy w nocy z wtorku na środę.

W Warszawie musiałem zostać jeszcze dwa dni. Najpierw byłem w szkole i spotkałem się z L. Nic szczegółowego odnośnie ilości klas w nowym roku szkolnym jeszcze nie wiadomo, więc planu lekcji jeszcze nie robię. Prawdopodobnie będę go robić dopiero po radzie sierpniowej. W czwartek miałem natomiast planową wizytę w szpitalu na Szaserów. Na szczęście wszystko szybko załatwiłem i już koło południa mogłem znów jechać nad Babant.

Na 2 dni przyjechał do nas P., którego nie widziano tu od lat. A w ostatnim tygodniu na polu zrobiło się jak zwykle pusto. Większość osób wróciła już do domów. Ponadto zepsuła się pogoda i zrobiło się chłodno, wietrznie i deszczowo. Co prawda opady były przelotne, ale skutecznie psuły nam dobry nastrój. Mogłem więc w tym czasie spokojnie skupić się na uporządkowaniu zdjęć i plików w komputerze, napisaniu tej notki oraz poczytaniu książek pożyczonych od M.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże

 

Rumunia-Ukraina-Mołdawia – Dzień 15

31 lip

Do pociągu wsiedliśmy pół godziny przed odjazdem. Pierwszy raz jechałem pociągiem z kuszetkami. Wagon z miejscami sypialnymi, którym jechaliśmy, nazywa się tutaj na wschodzie plackarta. Cały wagon podzielony jest na otwarte przedziały i w każdym takim przedziale jest 6 miejsc sypialnych: 4 łóżka w poprzek wagonu i 2 wzdłuż. Ja spałem na górze zgodnie z kierunkiem jazdy pociągu. Dzięki temu mogłem przez cała drogę obserwować mijane miejsca przez otwarte okno. Było gorąco, więc dość silnie wiejący wiatr nie przeszkadzał mi wcale, tylko nad ranem, kiedy zrobiło się chłodniej przymknąłem nieco okno. Na wejściu do wagonu wywieszony był rozkład jazdy pociągu z godzinami przyjazdu na poszczególne stacje i czasem postoju na nich. Niesamowite jest to, że pociąg na każdą kolejną stację wjeżdżał prawie co do sekundy o czasie. Gdyby tak mogło być w Polsce…. We Lwowie byliśmy o 10.10 i od razu poszliśmy do czekającego na nas autokaru. Pozostała nam już tylko droga na granicę, a później do Warszawy przez Lublin.

I tu zaczęła się nasza dzisiejsza gehenna. Wszak od dzisiaj w Polsce panują okropne upały, a na granicy okazało się, że niby nie ma dużo czekających autokarów, ale każdy kolejny przetrzymywany był niemiłosiernie długo przez celników. Gdy po dwóch godzinach w końcu opuściliśmy granicę ukraińską nie spodziewaliśmy się, że najgorsze dopiero przed nami. Polscy celnicy kazali nam czekać w potwornym upale, w pełnym słońcu, ponad 3 godziny. Dramat. Gdy już dojechaliśmy do stanowiska, każdy z nas musiał wyjść z bagażem i przejść przez bramki jak na lotnisku. Część z osób musiała wyrzucić zakupione na Ukrainie produkty pochodzenia zwierzęcego, wędliny, jajka i sery. Po 6 godzinach przebywania na granicy w końcu udało nam się wjechać do Polski.

Polska przywitała nas upałem oraz przepięknym zachodem słońca. Do samego Lublina, gdzie wysiadało pięć osób, goniła nas burza. Na szczęście zdążyliśmy jej uciec, choć zahaczył nas kilkuminutowy deszczyk, z jednej z bocznych odnóg potężnego cumulonimbusa. W drodze do Warszawy zatrzymaliśmy się jeszcze dwa razy na krótkie siku. Na dłuższe postoje nie było czasu, bo zrobiło się już późno, a większość osób nie mieszka w Warszawie i musi dojechać jeszcze do domu, czasem nawet po kilkaset kilometrów. Niektórym przepadły niestety zakupione wcześniej bilety na pociąg lub autobus. Do Warszawy dojechaliśmy około 23. Dzięki uprzejmości A. kolegi, który mieszka w nowych blokach na Przasnyskiej, do domu wróciliśmy samochodem. Tak oto zakończyła się bardzo udana wycieczka z Wytwórni Wypraw.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże

 

Rumunia-Ukraina-Mołdawia – Dzień 14

30 lip

I przyszedł w końcu ostatni dzień wycieczki. Co prawda do domu wrócę dopiero jutro, ale już dziś wieczorem wsiadamy w pociąg do Lwowa, do którego dojedziemy jutro rano, wsiądziemy w autokar i pojedziemy już do Polski.

Dzisiaj po późnym śniadaniu poszedłem z A. na Bazar Privoz. Spędziliśmy na nim 2 godziny chodząc pomiędzy alejkami z przeróżnymi pysznościami. Zaczęliśmy od ryb i owoców morza. Kupiliśmy sobie dużego wędzonego kalmara i zajadając go przeszliśmy na część z owocami i warzywami. Tam kupiliśmy sobie maliny i jeżyny a A. również marynowane bakłażany, mule i rapany (ślimaki). Później przyszedł czas na orzechy, rodzynki, suszone owoce i różne inne tutejsze słodkości. Kupując troszkę do Polski jednocześnie próbowaliśmy wszystkiego po trochu i się nieźle najedliśmy. Żeby odpocząć od jedzenia poszliśmy na chwilkę na część z ciuchami i pamiątkami. Oczywiście ja kupiłem magnesy a A. wybrała sobie kubek. Na koniec tej części bazaru poszliśmy kupić sobie po kubku zimnego soku ze świeżych granatów. Był pyszny. Kolejna część bazaru – duża hala – poświęcona była przede wszystkim nabiałowi. Ilość sera i innych produktów mlecznych była ogromna. Troszkę dalej zaczęły się wędliny. I tu znów nie zabrakło degustacji. Oczywiście troszkę kupiliśmy, ale przy okazji tyle się najedliśmy, że w zasadzie nie potrzebuję już dzisiaj jeść obiadu. Wędliny domowej roboty były naprawdę przepyszne. Po drodze do ostatniej hali na bazarze minęliśmy jeszcze stoiska z miodem i woskiem, po czym weszliśmy już do kolejnej ogromnej hali z mięsem. Jak łatwo się domyślić można było tutaj kupić każdy rodzaj mięsa, które wyglądało wyśmienicie. My oczywiście nic nie kupiliśmy, bo nie mielibyśmy nawet jak tego potem zrobić.

Po powrocie z bazaru A. poszła na plażę, a ja zostałem w hotelu. Nie chciało mi się w ten upał iść na plażę pełną turystów, nie za ładną i dodatkowo bardzo głośną, bo każdy przyplażowy bar puszcza tutaj głośną muzykę, próbując zachęcić tym potencjalnych klientów. Mi nie za bardzo to odpowiada, więc zostałem w pokoju i się zdrzemnąłem.

Po południu poszliśmy z A. do Pyzatej Chaty na obiad. Po obiedzie wybraliśmy się jeszcze na chwilę do portu i wróciliśmy do hotelu. Później zostały nam już tylko 2 godziny do wyjścia na dworzec, z którego odjechaliśmy punktualnie o 21.47.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże

 

Rumunia-Ukraina-Mołdawia – Dzień 13

29 lip

Dzisiaj mogliśmy wyspać się trochę dłużej, bo wyjazd do Białogrodu nad Dniestrem był o godzinie 9. Rano również musieliśmy spakować wszystkie walizki do autokaru, który zaraz po wycieczce odjeżdżał do Lwowa i tam będzie na nas czekał. My natomiast drogę z Odessy do Lwowa pokonamy jutro nocnym pociągiem z kuszetkami.

Białogród Dniestrowski to najstarsze miasto Ukrainy, a także jedno z najstarszych miast Europy założone w VI wieku przed naszą erą, przez starożytnych Greków. Liczy ponad 2500 lat. Do naszych czasów miasto ponad 20 razy zmieniało nazwę. Wszystkie one tłumaczyły się jako Białe Miasto lub Biała Twierdza. Biełgorod w XV wieku był jednym z największych miast Europy zamieszkałym przez 20 tys. ludzi. Naszym dzisiejszym celem była oczywiście słynna Twierdza Akermańska. Po drodze mijaliśmy liczne ukraińskie miasteczka i wsie położone nad Limanem Dniestru. Niektóre były ciche i spokojne a niektóre, jak położona na wąskiej mierzei oddzielającej liman od morza Zatoka, tłumne i głośne. To właśnie gdzieś tutaj Adam Mickiewicz pisał:

„Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi,
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,
Omijam koralowe ostrowy burzanu.
 
Już mrok zapada, nigdzie drogi ni kurhanu;
Patrzę w niebo, gwiazd szukam, przewodniczek łodzi;
Tam z dala błyszczy obłok – tam jutrzenka wschodzi;
To błyszczy Dniestr, to weszła lampa Akermanu.”
 

Gdy chodziłem do szkoły, to język polski nigdy nie był moim ulubionym przedmiotem. Nie lubiłem czytać lektur, uważałem że to strata czasu, który można wykorzystać na grę w piłkę nożną na podwórku. Jednak kiedy na jednej z lekcji omawialiśmy „Sonety Krymskie” i przeczytałem „Stepy Akermańskie”, to od razu mi się spodobały. I pamiętam, że od tamtej pory zawsze chciałem poczuć się jak Adam Mickiewicz i znaleźć się kiedyś w tych miejscach. Dzisiaj wreszcie spełniłem jedne z pierwszych swoich podróżniczych marzeń, a moja noga stanęła na Twierdzy Akermańskiej. Biała Twierdza to jedna z największych twierdz, które zachowały się do naszych czasów. Przedstawia zamknięty wielokąt o powierzchni ponad 9 ha. Obwód ścian twierdzy wynosi 2,5 kilometra, a ich grubość ulega zmianom od 1,5 do 5 metrów. Wysokość ścian i wież zmienia się od 5 do 15 metrów. Od północy ściany twierdzy prawie dotykają brzegów Limanu Dniestrowskiego. Od strony lądu twierdza otoczona jest fosą, której głębokość z początku wynosiła 22 metry (obecnie jest to 13-14 metrów), a szerokość 14 metrów. Twierdzę zwiedzaliśmy ponad godzinę. Akurat trwały na niej różne imprezy rycerskie, choć podobno na terenie twierdzy w okresie letnim cały czas się coś dzieje.

Po wizycie na twierdzy przyszedł czas na kąpiel w Morzu Czarnym. Naszym celem było miasteczko Sanzhiika, które słynie z tutejszych nadmorskich klifów i ładnych piaszczystych plaż. Położone jest mniej więcej w połowie drogi między Odessą a Białogrodem. Pogoda nam dzisiaj dopisała, bo było nie za gorąco i świeciło słońce, a na niebie znajdowały się tylko niegroźne cumulusy. Niestety do pogody nie dostroiło się dzisiaj morze. Choć rzeczywiście miało piękne kolory, a plaża i klify robiły wrażenie, to jednak nasz pobyt ograniczył się jedynie do opalania się a tylko kilka osób (w tym oczywiście i ja) zdecydowało się na kąpiel. Wszystko przez to, że wzdłuż całej plaży, przy brzegu, znajdowała się szeroka na kilka metrów i gęsta warstwa zielonych glonów i wodorostów. Dodatkowo woda była naprawdę zimna (musiały się zmienić prądy morskie, bo miejscowi plażowicze mówili nam, że wczoraj woda była cieplutka). Jakby tego było mało, to po przebrnięciu przez warstwę glonów i odważeniu się na zanurzenie w zimnej wodzie przyszło nam pływać pośród dużej ilości meduz. Były one co prawda dosyć małe i niegroźne, ale mimo wszystko pływanie pośród tych stworzeń nie należy do przyjemności.

Skróciliśmy więc pobyt na plaży i udaliśmy się szybciej w kierunku autokaru. Zanim do niego wsiedliśmy to większość grupy zrobiła jeszcze zakupy w tutejszych przydomowych ogródkach zaopatrując się w przepyszne owoce, warzywa i wino domowej roboty.

Po przyjeździe do Odessy, poszliśmy na obiad do Pyzatej Chaty. Po obiedzie wybrałem się z A., która jest tutaj kolejny raz i poznała już dobrze miasto, na spacer do miejsc, w których jeszcze nie byłem. Poszliśmy zobaczyć port z nadmorskiego bulwaru, zobaczyliśmy stadion Czornomorća Odessa i Pomnik Nieznanego Żeglarza, zawitaliśmy do nadmorskich hoteli M1 i Nemo oraz pospacerowaliśmy sobie trochę plażą. Ponieważ zrobiło się już późno postanowiliśmy wrócić do hotelu. Troszkę pobłądziliśmy wśród tutejszych ulic, ale ostatecznie, z małą pomocą przechodniów, ale idąc cały czas w dobrym kierunku, znaleźliśmy drogę do naszego hotelu.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże

 

Rumunia-Ukraina-Mołdawia – Dzień 12

28 lip

W nocy nad Odessą przeszła burza, którą mogliśmy podziwiać z A. z okien naszego hotelu. Rano niebo również było zachmurzone, ale deszcz już nie padał.

Dzisiaj mieliśmy całodniową wycieczkę do Wilkowa, miasta położonego w delcie Dunaju. Ponieważ do przejechania mieliśmy ponad 200 kilometrów, a drogi na Ukrainie wiadomo jakie są, to musieliśmy wyjechać z hotelu już o 6 rano. Na miejsce dojechaliśmy po 9. Ciekawostką jest fakt, że najkrótsza droga prowadzi przez 10 kilometrów po terytorium Mołdawii, tzw. „green corridorem”, czyli zielonym korytarzem. Nie musieliśmy więc na granicy pokazywać paszportów, ani nie byliśmy kontrolowani. Straż graniczna spisywała tylko numery rejestracyjne i dzięki temu przejazd odbywa się tutaj płynnie.

W Wilkowie przywitała nas młoda, ładna, miła, miejscowa przewodniczka. Niewielka miejscowość skrywa się gdzieś na końcu świata. Położona jest 250 km od Odessy, tuż przy granicy z Rumunią i przyciąga niewielu gości. Głównie tych, którzy chcą zobaczyć deltę Dunaju i mieszkających tu lipowan – wyznających prawosławie staroobrzędowców o bogatej historii i ciekawym folklorze. Nasza przewodniczka najpierw opowiedziała nam trochę o historii miasta. Jego nazwa nie pochodzi jakby się mogło wydawać od wilka, ale od widelca – po rosyjsku „wiłka”. Dunaj przed ujściem do morza rozgałęzia się, tworząc formę, która miejscowym kojarzyła się właśnie z widelcem. Jest to druga pod względem wielkości europejska delta i największy transgraniczny obszar chroniony. Miasto dzieli się na część nową (sowiecką) i starą, którą zamieszkują staroobrzędowcy. To właśnie po tej drugiej części oprowadziła nas przewodniczka, pokazując jak buduje się tutaj domy i jak wygląda tutaj życie codzienne.

Po zwiedzeniu miasta przyszedł czas na rejs łodzią po Delcie Dunaju. Do Ukrainy należy tylko niewielka część delty (20%). Reszta leży na obszarze Rumunii. Płynąc po ukraińskiej jej części, cały czas widzieliśmy z łodzi terytorium Rumunii. Znając Dunaj z innych części Europy aż trudno uwierzyć, że tutaj, przy jego ujściu do Morza Czarnego, rzeka jest… czysta i można spokojnie się w niej kąpać. My nie mieliśmy niestety dzisiaj tej przyjemności, ale za to odwiedziliśmy część wioski znajdującą się na wyspie pośród rozlewisk Dunaju, na której mieszkańcy Wilkowa żyją sobie spokojnym życiem.

Gdy dopłynęliśmy do pomostu, przywitała nas gospodyni w tradycyjnym stroju ludowym i zaprosiła do stołu na obiad złożony ze świeżo złowionych olbrzymich karpi, zupy – wywaru rybnego oraz domowego wina własnego wyrobu. Później jeszcze mogliśmy napić się herbaty podanej w pięknym samowarze i posłodzić ją miodem z tutejszej pasieki. Po posiłku i odpoczynku popłynęliśmy z powrotem na stały ląd, na którym zakończyła się nasza wycieczka i pożegnaliśmy się z panią przewodniczką.

Ale to jeszcze nie był koniec atrakcji dzisiejszego dnia. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się bowiem w oddalonym o kilkanaście kilometrów od Wilkowa nadmorskim miasteczku Prymors’ke i poszliśmy na tutejszą plażę. Dzisiejsza pogoda nie sprzyjała opalaniu. W czasie naszego rejsu po Delcie Dunaju przez kilkanaście minut padał nawet deszcz. Na szczęście nie był zbyt mocny i szybko przestał padać, choć w oddali cały czas słychać było pomrukiwanie przechodzącej gdzieś niedaleko burzy. Na plaży w Primorsku pogoda była jednak na tyle ładna, że mogliśmy przez półtorej godziny kąpać się w morzu oraz spacerować i odpoczywać na ładnej, piaszczystej plaży. Pod koniec nawet przejaśniło się na tyle, że wyszło słońce a morze zaczęło mienić się pięknymi kolorami. My jednak musieliśmy już wracać do Odessy, bo przed nami była jeszcze długa, ponad trzygodzinna droga.

Do hotelu dojechaliśmy już po ciemku, po godzinie 21. Gdy piszę tą relację z dzisiejszego dnia nad Odessą przechodzi kolejna burza. Przed chwilą nawet w naszym hotelu i całej okolicy zabrakło na kilka minut prądu i musiałem skorzystać ze swojej czołówki. 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże

 

Rumunia-Ukraina-Mołdawia – Dzień 11

27 lip

Dziś dzień lenistwa. Mogliśmy spać do 9, a jeśli ktoś nie chciał iść na śniadanie to mógł spać ile chciał. Dopiero na godzinę 14 była zaplanowana wycieczka z przewodnikiem po Odessie. Ja po śniadaniu wróciłem do naszego malutkiego pokoiku i oddałem się nic nie robieniu i spaniu. A. w tym czasie poszła sobie na miasto.

O 14 poszliśmy zwiedzać miasto. Naszym przewodnikiem okazała się być starsza pani, która znakomicie znała Odessę i opowiadała w bardzo ciekawy i nietuzinkowy sposób o mieście, jego historii i najciekawszych zabytkach. Zwiedzanie trwało 3 godziny. W tym czasie zobaczyliśmy wszystkie najciekawsze miejsca w mieście. A później poszliśmy na obiad do Pyzatej Chaty.

Jeżeli czegoś nie da się tu kupić, niechybnie znaczy, że nie istnieje – mówi stare odeskie porzekadło. Dotyczy ono słynnego odeskiego Bazaru Privoz. Tutejsze targowisko oferuje wszelkie towary – od stoiska z reklamówkami po suszonego dorsza. My niestety byliśmy już po godzinie 19, więc większość stoisk była już zamknięta. Obiecaliśmy sobie, że przyjdziemy tutaj jeszcze w sobotę rano, gdy będziemy mieli więcej czasu wolnego przed wyjazdem. Dzisiaj kupiliśmy jedynie owoce, które są tutaj bardzo tanie. Za ponad 2 kilo winogron, nektarynki i dużego arbuza zapłaciliśmy mniej niż 15 złotych.

Dziś już nic więcej nie robimy, ale jutro musimy wstać wcześnie rano, bo o 6 musimy już wyjechać do Wilkowa, miasteczka które znajduje się w samym sercu delty Dunaju.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Podróże